Korwin-Mikke: „ONI chcą pochwalić się przed Właścicielami Innych Republik, że ICH bydełko zostało sprawniej zagonione do urn”

Janusz Korwin-Mikke. Foto: Facebook Janusz Korwin-Mikke
Janusz Korwin-Mikke. Foto: Facebook Janusz Korwin-Mikke

Zbliża się druga tura wyborów prezydenckich. Obaj kandydaci pokazują jak bardzo są „elastyczni” i prześcigają się w kolejnych obietnicach i groteskowych zapowiedziach. Janusz Korwin-Mikke zachęca jednak, by iść do urn tylko wtedy, gdy ma się swojego kandydata. Wyjaśnił, dlaczego nie powinno się „podbijać” frekwencji wyborczej.

„Dlaczego IM tak zależy na wysokiej frekwencji w wyborach? Bo chcą pochwalić się przed Właścicielami Innych Republik, że ICH bydełko zostało sprawniej zagonione do urn. A kto głosuje – ten bierze na siebie odpowiedzialność za złodziejstwa i głupoty popełnione przez swoich wybrańców. I o to tylko chodzi” – napisał Korwin-Mikke.

„Dlatego proszę ABSOLUTNIE nie słuchać tych, co mówią: „Idźmy głosować, bo wysoka frekwencja dobrze o nas świadczy!”. Nie bądźmy baranami – bądźmy światłymi wyborcami. Przypominam: światły wyborca nie idzie głosować po to by zwiększyć frekwencję – tylko po to, by wygrał jego kandydat.

A w tym celu nie trzeba się fatygować do komisji…

Na łamach ANGORY sformułowałem rewelacyjną propozycję PAROWANIA następująco:

(…) Zamiast kłócić się z kolegami w pracy, sąsiadami, znajomymi, nawet z rodziną (moja siostra chce głosować na p. Rafała Trzaskowskiego – moja żona na JE Andrzeja Dudę…) trzeba się z nimi pogodzić. I zawrzeć obopólnie korzystny układ:
Ja daję słowo honoru, że nie pójdę głosować na mojego – ty dajesz słowo honoru, że nie zagłosujesz na swojego!

Dzięki temu wynik będzie dokładnie taki sam – a oszczędzimy sobie trudów podroży do komisyj wyborczych, stania w kolejkach, zarażenia się gruźlicą, grypą, wirusowym zapaleniem wątroby, albo i tym mitycznym koronawirusem. Po co się narażać?

Niektórzy nawet urlopy odkładają lub skracają – byle zagłosować! Niektórzy jadą wiele kilometrów – albo nawet mil!

Przysparza się też zbędnej roboty pracownikom komisyj liczących głosy, opóźnia podanie wyników wyborów…

A wystarczy podobierać się w pary – i spokojnie można wyjechać na urlop lub spędzić weekend wyborczy na rybach, w górach czy nad morzem.

Ktoś powie: a skąd wiemy, że mój anty-partner dotrzyma słowa?

To akurat można by sprawdzić – ale przecież bądźmy poważni. Jak to wyliczyli kanadyjscy libertarianie, przy dwóch kandydatach szansa, że pojedynczy głos zdecyduje o wyniku wyborów jest 5000 razy (!!) mniejsza od szansy, że idąc na wybory wpadniemy pod samochód. Kto dla tak drobnej szansy będzie łamał słowo honoru?

Samo podejrzewanie Polaka, że złamie słowo jest niestosowne. Oczywiście takie wypadki mogą się zdarzać – ale zapewne po obydwu stronach. Statystycznie jest to bez znaczenia.
A jak ktoś jest bardzo podejrzliwy – to przecież można spędzić dzień wyborów na wspólnym grillu. Podczas którego można prowadzić zaciekle dyskusje – a potem wspólnie oglądać wieczór wyborczy.

Dlaczego nie? Ile to razy kibice Realu i Barcelony w zgodzie oglądają mecze w knajpach? To można i tu.

Będzie to podniesieniem kultury politycznej w Polsce – a jednocześnie dużą oszczędnością…

I można, oczywiście, połączyć się w pary z płcią przeciwną – i spędzać dzień wyborów w harmo… no, nie – może lepiej nie ryzykować? Niejeden facet by wtedy usłyszał: „Szkoda jednak, że nie jesteś (Dudą/Trzaskowskim); ten to jest prawdziwy mężczyzna!)

(Całość w tygodniku ANGORA). PS: Żona powiedziała, że chyba jednak też nie pójdzie głosować.”

Źródło: Facebook

Comments are closed.