Bronić pomników czy pozwalać je obalać? Macron ma problem z polityką historyczną

Macron Fot. arch. NCzas

Bastien Lejeune w tygodniku „Valeurs Actuelles” omawia problemy prezydenta Emmanuela Macrona z polityką historyczną. Francji grozi w tej materii schizofrenia, a interpretacja historii może pojawić się jako jeden z tematów następnej kampanii w wyborach prezydenckich.

Z jednej strony prezydent krytykuje kolonizacyjne „zbrodnie przeciwko ludzkości”, ale z drugiej zgłasza „stanowczy sprzeciw wobec obalania pomników”. Prezydent, podobnie jak Francja „rozdarty między dwiema wizjami naszej historii” – pisze autor.

Kwestie takie mogą mieć kluczowe znaczenie na podsumowanie pięcioletniej kadencji Macrona, a kampania wyborcza się powoli już zbliża.

14 czerwca w orędziu do Francuzów stwierdził: „Mówię wam bardzo jasno dziś wieczorem […], że Republika nie zetrze ze swojej historii żadnego śladu ani nazwy. Nie zapomni żadnego ze swoich dzieł, nie zniszczy posągów”. Francuzi zapewne na takie słowa po serii dzikich incydentów „antyrasistowskich” czekali, ale czy powinni wierzyć?

Przed wystąpieniem prezydenckim, tylko niewiele osób miało śmiałość krytykowania importowanego z USA szału niszczenia pomników. Ruch protestu przeciwko policyjnej przemocy przekształcił się w potępienie rasizmu, następnie rasizmu systemowego, a wreszcie krytyki całej cywilizacji białego człowieka i Zachodu.

Do incydentów „anty-pomnikowych” doszło w Paryżu, w La Roche-sur-Yon, Lille, Rouen, Bourges, także na terytoriach zamorskich. Na celowniku znaleźli się Colbert, Gallieni, Kolumb, Napoléon, cesarzowa Józefina, Faidherbe, czy Jacques Coeur. Chodzi jednka nie o konkretne postacie, ale o zniszczenie najbardziej widocznych symboli zachodniej cywilizacji. Dodatkowo o kryminalizację pamięci historycznej i zredukowanie jej do kilku czarno-białych stron.

Niemal szekspirowskie dylematy prezydenta

Według Lejeune, Emmanuel Macron zdał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie stanowi progresywizm i tzw. ideologia dekolonialna. Linia podziału w tej sprawie ma przebiegać w samym otoczeniu prezydenta.

Podobno fragment o obronie pomników w prezydenckim przemówieniu był przedmiotem sporu doradców do samego końca jego redakcji. Dla niektórych jest to „znaczący zwrot polityczny” dokonany przez Emmanuela Macrona, który „uświadomił sobie niebezpieczeństwo”. Dodają oni, że że prezydent zrozumiał pilną potrzebę potwierdzenia zasad tradycji republikańskiej.

Pojawiły się też jednak elementy relatywizacji. Już dzień po wystąpieniu prezydenta, ówczesna rzecznik rządu Sibeth Ndiaye stwierdziła, że ​​pewne postacie „nie mają już swojego miejsca w podręcznikach do historii”. Przypomniano także, że sam Macron w 2017 roku mówił wAmgierii, że kolonizacja była „zbrodnią przeciwko ludzkości”.

Można dodać, że na szefa historycznej komisji algiersko-francuskiej, Paryż delegował lewicowego historyka Benjamina Storę, który w pełni podziela wizję wszystkich wydarzeń algierskiego Frontu Wyzwolenia Narodowego (FLN).

71% Francuzów jest przeciwko obaleniu posągów historycznych. Prezydent wziął ich stronę, ale jak to z politykami bywa, jest tu dialektykiem. Warto dodać, że część elit przed jego przemówieniem, wyszła przed szereg, wykazała „uległość” i wzięła stron „antyrasistów”. Były premier, socjalista Jean-Marc Ayrault zdążył nawet wesprzeć „dekolonizację” parlamentu i potępił fakt, że jedna z sal Pałacu Burbonów nosi imię Colberta.

W Thionville, szef region Grand Est z Partii Republikanie, zmienił nazwę liceum Colbert-Sophie-Germain, na imię walczącej z segregacją rasową Amerykanki Rosy Parks. Cugle temu wyścigowi „poprawności politycznej” ściągnęło dopiero prezydenckie przemówienie.

Czy Emmanuel Macron wybierze jednak ścieżkę francuskiej wielkości, czy pułapkę pokuty? – pyta autor. Twierdzi, że dla prezydenta celem jest „pogodzenie wspomnień”, ale godzenie przeciwieństw nie zawsze się udaje. Kiedy dochodzi do radykalizacji postaw, nadchodzi też czas wyboru…

Źródło: VA