
Wojciech Mann ulał z siebie upławy myślowe na temat Polaków. Nadal nie może pogodzić się z tym, że nie pracuje już w radiu, w którym mógł się jeszcze od czasów komuny i junty wojskowej Jaruzelskiego panoszyć.
Wojciech Mann postanowił skomentować kolejne zamieszanie wokół radiowej „Trójki” i zwolnienie zaledwie po dwóch miesiącach urzędowania na stołku dyrektorskim Kuby Skrzeczkowskiego.
„Żegnaj Trójko…Garstka naiwnych jeszcze wierzyła, ale siły były nierówne. Barbarzyńcy, sami nie umiejąc zbudować niczego wartościowego, niszczą tych, którzy to potrafią. A ludność, zadowolona z taniej kiełbasy i tanich igrzysk, obojętnie się przygląda” – napisał Mann.
Trzeba przyznać, że to odważne słowa jak na kogoś o urodzie i aparycji wieprza chowu klatkowego. Nie wiemy jaką kiełbasę żre Mann (bo to, że właśnie to robi, a nie je, to oczywiste). Ani czy w ogóle kiełbasę. Może drogie balerony i salcesony.
Tak czy owak wciąż mu się roi, że obywatele powinni bronić radia, które sam wraz z kolegami, wśród których niektórzy pamiętają jeszcze czasy towarzysza Wiesława, niszczył.
Mann odszedł z Trójki w atmosferze skandalu jako jeden z obrońców niezależności radia. Jak się okazało tylko po to, by uczestniczyć w zakładaniu nowego, w którym cenzura i poziom zakłamania są jeszcze większe. Nabzdyczył się Mann, nadął i napuszył, a tymczasem z jego nowego radia wyrzucili prezesa Jedlińskiego za to, iż nie chciał kłamać, że niejaki Michał Sz. podejrzany o bandycki napad jest kobietą Małgorzatą.
Mann nie odezwał się ani słowem. Niewykluczone, że nie mógł. Z pełnymi ustami się nie mówi, a on akurat miał je zajęte przeżuwaniem drogiej pasztetowej.