Tour de France dostosowuje się do politycznej poprawności. Poszło o bidony i hostessy

TdF Fot. Instagram

Politycy lewicy zaatakowali największy wyścig świata m.in. za brak troski ekologicznej i „maczyzm”, którego wyrazem miały być hostessy towarzyszące triumfatorom etapów. Z podobnymi opiniami wystąpili m.in. socjalistyczna mer Rennes, a ostatnio także Zielony mer Lyonu Grégory Doucet.

Organizatorzy Tour de France, którzy mają duże poparcie Francuzów, wolą jednak dmuchać na zimne i się tłumaczą. Były kolarz, a obecnie działacz sportowy Bernard Hinault tłumaczy, że nie można uznawać „kolarstwa za staromodne”, bo przecież politycy wspierają np. miejskie rowery, a wyścig zachęca do przesiadania się na jednoślady.

Dalej dodaje, że Tour zrobił duży postęp i np. towarzyszą mu samochody hybrydowe. Hinault bije się jednak także w piersi: „Międzynarodowa Unia Kolarska ponosi odpowiedzialność w tej debacie. Na 5 km od mety biegacze rzucają bidonami we wszystkich kierunkach. Czy nie mogą ich dowieźć do mety? (…) Powiedziałem Davidowi Lappartientowi (prezesowi UCI), że kiedy kolarz coś wyrzuca, powinna być karana cała drużyna, np. doliczeniem 20 sekund kary”.

Hinault dodaje, że ponieważ „zielonych miast jest coraz więcej”, trzeba o takich krokach pomyśleć.

Nie tylko ekologia zmienia wyścig. Dodatkowo wpływ ma także koronawirus. Widzowie na trasie musieli zakładać maseczki. TdF ma być poligonem dla organizacji wyścigu na olimpiadzie.

Źródło: Le Figaro