Komuniści przyszli po niego w Wigilię. W oficjalną wersję śmierci nikt nie wierzy

Jan Rodowicz
Jan Rodowicz "Anoda" po aresztowaniu - ostatnie zdjęcie. (Fot. Domena publiczna)

Komuniści przyszli po niego w Wigilię 24 grudnia 1948 roku. Z mieszkania przy ulicy Lwowskiej 7/10 w Warszawie przewieźli porucznika Jana Rodowicza do centrali Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy Koszykowej 6 i poddali śledztwu. I choć oficjalna wersja wciąż mówi o samobójstwie (miał wyskoczyć z czwartego piętra), nikt w nią nie wierzy. W III RP gruba kreska dla komunistycznych zbrodniarzy sprawiła, że oprawcy „Anody” pozostali bezkarni. Miał zaledwie 26 lat. Zamordowany został 7 stycznia 1949 roku.

Pochodził z rodziny o patriotycznych tradycjach, przodkowie ze strony matki i ojca brali udział w powstaniu 1863 roku. Jego ojciec, Kazimierz Rodowicz, był inżynierem i profesorem Politechniki Warszawskiej, matka Zofia z domu Bortnowska to siostra gen. Władysława Bortnowskiego, który brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej, a w 1939 roku. dowodził Armią „Pomorze”.

Brat ojca, mjr rez. Stanisław Rodowicz, żołnierz 1920 i 1939 roku, zginął w Katyniu. Starszy o siedem lat brat Jana, Zygmunt, podporucznik służby stałej artylerii Wojska Polskiego, zginął w Powstaniu Warszawskim 30 sierpnia 1944 roku.

Jan Rodowicz uczęszczał do prywatnej Szkoły Powszechnej Towarzystwa Ziemi Mazowieckiej. Tam wstąpił do 21 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej im. gen. Ignacego Prądzyńskiego. Tzw. małą maturę zdał wiosną 1939 roku w Państwowym Gimnazjum i Liceum im. Stefana Batorego. Działalność harcerską kontynuował w szeregach 23 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej im. Bolesława Chrobrego, słynnej „Pomarańczarni”.

Legenda za życia

Od października 1939 roku służył w Szarych Szeregach. W ramach organizacji „Wawer” uczestniczył w wielu akcjach małego sabotażu, polegających m.in. na rozrzucaniu ulotek, zrywaniu flag hitlerowskich i wywieszaniu polskich, pisaniu na murach odezw do rodaków… Maturę na tajnych kompletach zdał w 1941 roku. Pracował w warsztacie elektrotechnicznym inż. Tadeusza Czarneckiego, później w Zakładach Radiowych Philipsa. Ukończył kurs budowy maszyn i elektrotechniki, a następnie – w 1943 roku – Państwową Szkołę Elektrotechniczną II stopnia.

Przede wszystkim jednak pochłaniała go działalność konspiracyjna. Pod koniec 1942 roku ukończył II turnus Zastępczego Kursu Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty ZWZ-AK „Agricola”. Zaliczył także kursy wyszkolenia bojowego i wielkiej dywersji. W listopadzie 1942 roku mianowany zastępcą dowódcy 2. drużyny Feliksa Pendelskiego, ps. „Felek”, w Hufcu Centrum Grup Szturmowych Szarych Szeregów.

Legendą był już za życia. Brał udział w wielu brawurowych akcjach przeciwko Niemcom. Można by powiedzieć: nic takiego, normalna podziemna robota. Ale on promieniował na innych swoją postawą.

Po reorganizacji Grup Szturmowych i utworzeniu Batalionu „Zośka”, we wrześniu 1943 roku „Anoda” został zastępcą dowódcy 3. plutonu Konrada Okolskiego ps. „Kuba”, 1. kompanii „Felek”, dowodzonej przez Sławomira Bittnera, ps. „Maciek”. W listopadzie, awansowany do stopnia sierżanta podchorążego, został p.o. dowódcy plutonu „Ryszard” 2. kompanii „Rudy”. Brał udział we wszystkich akcjach bojowych swojego plutonu. Od maja do lipca 1944 roku prowadził intensywne szkolenie swojego plutonu w lasach Puszczy Białej w rejonie Wyszkowa przed godziną „W” (Powstanie Warszawskie).

Powstanie Warszawskie

1 sierpnia 1944 roku matka „Anody” Zofia Rodowicz tak wspominała (w relacji spisanej przez Barbarę Wachowicz): – Janek odjechał o trzeciej po południu. Ucałował mnie, wskoczył na rower, pomknął. Był w doskonałym nastroju, przekonany, że zwyciężą. Nawdziewał na siebie, co tam miał wojskowego, nawet potem skądś zdobył czapkę ułańską… Ta czapka w Powstaniu zyskała Rodowiczowi przydomek ułana Batalionu „Zośka”.

Gdy po wojnie, latem, na plaży w Kazimierzu koleżanki pytały Janka, dlaczego nie zdejmuje koszulki, odpowiedział, że gdyby to zrobił, to one do końca pleneru nie mogłyby jeść mięsa – tak był poharatany…

W Powstaniu Warszawskim wraz z batalionem „Zośka” przeszedł cały szlak bojowy od Woli, przez Starówkę, Śródmieście, do Czerniakowa. Znowu ktoś powie: było takich wielu. Ale nie każdy walczył mimo czterokrotnych ran, nie każdy zasłużył na Virtuti Militari.
W szpitalu w Aninie Rodowicz przeszedł transfuzję krwi i poważną operację. Dopiero na początku 1945 roku, po długim leczeniu, wrócił do rodziny, do Milanówka.

Powązki Wojskowe

Najważniejsze i tak stało się po wojnie. Mimo orzeczonych przez lekarzy 81 procent inwalidztwa, nie poddał się. Szybko nawiązał kontakt z kolegami z Batalionu „Zośka”, którzy przeżyli Powstanie Warszawskie. Dzięki Henrykowi Kozłowskiemu ps. „Kmita”, byłemu p.o. dowódcy 1. kompanii „Maciek”, został dowódcą oddziału dyspozycyjnego szefa Obszaru Centralnego Delegatury Sił Zbrojnych, płk. Jana Mazurkiewicza.

„Anoda” prowadził akcje propagandowe wymierzone w komunistów, rozpoznawał siedziby bezpieki, więzienia, ochraniał odprawy dowództwa DSZ. Gdy płk Mazurkiewicz ps. „Radosław” został aresztowany przez UB, Rodowicz zorganizował nieudaną próbę porwania sowieckiego generała Wiktora Masłowa, aby dokonać wymiany.

W sierpniu 1945 roku Delegatura została rozwiązana, a Rodowicz ukrył część broni należącej do jego oddziału. Z Milanówka przeniósł się razem z rodziną do Warszawy. 19 września – po apelu płk. „Radosława” – ujawnił się przed Komisją Likwidacyjną byłej Armii Krajowej Okręgu Centralnego. Pracując w kancelarii owej komisji, razem z kolegami opracowywał listy ewidencyjne poległych i zaginionych żołnierzy Batalionu „Zośka”.

Wspólnie z „Zośkowcami” zajął się ekshumacjami i pogrzebami kolegów. Dzięki nim na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, obok mogił pochowanych tam wcześniej, jeszcze za niemieckiej okupacji żołnierzy-harcerzy, powstała kwatera Batalionu „Zośka”, z charakterystycznymi brzozowymi krzyżami. Był też inicjatorem utworzenia „Archiwum Batalionu Zośka”. Zachęcał kolegów do poszukania i zabezpieczenia dokumentacji dotyczącej oddziału oraz pisania wspomnień. Dzięki temu wydany zostanie później tom pamiętników z Powstania, na których Aleksander Kamiński oprze książkę „Zośka i Parasol”, a w 1990 roku ukaże się monografia batalionu.

Wymarzona architektura

Jesienią 1945 roku Jan Rodowicz podjął studia na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej. Po rehabilitacji ręki, którą wcześniej chciano mu amputować, w 1947 roku przeniósł się na drugi rok wymarzonej architektury (Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej). Na studiach dał się poznać jako świetny architekt i projektant, który robił znakomite rysunki. Planował nawet uczestniczyć w odbudowie Warszawy.

– Szukałem w nim jakichś cech herosa. I nie znalazłem. To ciągle był ten sam uśmiechnięty, pogodny i łagodny Janek. (…) Może tylko gdzieś, na samym dnie jego uśmiechu, czaiły się te stalowe błyski, właściwe ludziom, którzy przemaszerowali przez piekło – tak Rodowicza wspominał Jan Suzin, kolega ze studiów na Politechnice Warszawskiej.

Rodowicz zarażał wszystkich swoją energią i optymizmem. Mimo iż druga, sowiecka okupacja do optymizmu nie nastrajała.

– Wspaniały chłopak. Utalentowany student, szalenie wesoły, koleżeński i przyjacielski. W ogóle bardzo wybitna indywidualność. Miał bardzo cięty język i kochał rozmaite polityczne dowcipy – opowiadała Anna Jakubowska „Paulinka”.

„Nareszcie tańczyli”

Był aktywny ponad przeciętność – jeździł na nartach, z sukcesem startował w zawodach żużlowych, organizował wieczory artystyczne, w których sam występował. Tak, jakby tą aktywnością chciał nadrobić stracony przez wojnę czas.

Jasiu, Jasiu, bój się Boga, w proszku ręka, ranna noga… – tego typu wierszykami mitygowali „Anodę” koledzy. – Jego coś roznosiło! Może to tak jest, że ktoś, komu dane było żyć krótko, żyje szybko i intensywnie i musi się wyładować – mówiła jego koleżanka Danuta Winiarska „Słoninka”. W czasie okupacji niemieckiej „Anoda” ani razu nie zatańczył. Tak sobie postanowił. Ale odbijał to sobie teraz, zakochany w Alicji Arens.

Zofia Rodowicz wspominała: – Pamiętam jego ostatnie imieniny – w 1948 roku. Było ich u nas siedemdziesięcioro (…) układali plany, snuli marzenia, nareszcie tańczyli. Myślałam, że jednak jestem bardzo szczęśliwą matką – los ocalił dla mnie chociaż jedno dziecko, a przecież spotykałam matki, którym poginęli wszyscy…

Pochowany jako NN

12 stycznia 1949 roku został pochowany jako NN, w tajemnicy przed rodziną i kolegami. Dopiero na początku marca 1949 roku ojciec, Kazimierz Rodowicz, otrzymał pismo z Naczelnej Prokuratury Wojskowej.

Szef Wydziału Nadzoru Prokuratorskiego nad śledztwami w sprawach szczególnych, mjr Mieczysław Dytry, informował, że 7 stycznia o drugiej po południu Jan Rodowicz „popełnił samobójstwo, wyskakując z okna podczas przeprowadzania go z aresztu. Mimo natychmiastowej pomocy lekarskiej, zgon nastąpił w chwili po wypadku” i że został pochowany na Powązkach Wojskowych jako NN.

Kilka dni później rodzinie udało się ustalić, gdzie dokładnie Jan jest pochowany. Jego matka, Zofia, tak o tym pisała: „Kierownik biura pogrzebowego, który potem okazał się znajomym Janka, gdyż prowadził z Jankiem ekshumację „Zośkowców” w 1945 roku, przyniósł od siebie z gabinetu kartkę z numerem grobu Janka. Polecił (…) trzymać ją na wierzchu i powiedział, że „gdyby ktoś przyszedł z rodziny Rodowiczów (…), proszę im powiedzieć, że pochowany został pod numerem takim-to”.

Jan Rodowicz „Anoda”. Sprawa wyglądała zagadkowo

„Mogiła była w środku cmentarza w drugim rzędzie, pokryta, jak cały cmentarz, śniegiem” – relacjonowała dalej Zofia Rodowicz.

„Pani zarządzająca ekshumacją, zapytana przeze mnie w cztery oczy, czy pamięta pogrzeb mojego syna w dniu 12 stycznia, powiedziała mi, że wszyscy w biurze pamiętają, iż tego dnia, pod wieczór, kilku młodych ludzi z Urzędu Bezpieczeństwa przywiozło ciężarówką zawinięte w kocu ciało, zakupili więzienną trumnę, bez świadków sami złożyli zwłoki do trumny i kazali natychmiast wieźć na cmentarz komunalny i pochować jako NN. (…) Opisuję wszystko tak szczegółowo, gdyż sprawa wyglądała zagadkowo (…). W czasie przekładania zwłok do naszej trumny stwierdziliśmy brak wszelkich oznak połamań nóg, żadnych wylewów, uszkodzeń twarzy, rąk. Był ubrany w swe wojskowe angielskie ubranie, zapięte agrafką pod szyją, ułożony starannie, uczesany, nawet kanty spodni były wyrównane”.

W ekshumacji przeprowadzonej przez rodzinę „Anody” uczestniczyła lekarka, Anna Rodowiczowa. Zbadała ciało, na ile to było możliwe w tych warunkach, nie stwierdzając złamań, uszkodzeń głowy, których można się było spodziewać po upadku z wysokiego piętra. Zauważyła natomiast za uchem strużkę zaschniętej krwi… i okrągły, niewielki otwór. Czyli postrzał?

Oficjalną przyczyną zgonu, podaną przez stalinowca mjr. Dytrego w piśmie z 1 marca 1949 roku, był „krwotok z tętnicy głównej spowodowany upadkiem z okna” po samobójczym skoku.

Ubecy zeznają

Po niedługim czasie zgłosił się do rodziny Rodowiczów dr Konrad Okolski, dyrektor Szpitala Dzieciątka Jezus w Warszawie i ojciec przyjaciela Janka, Konrada „Kuby” Okolskiego, który zginął w Powstaniu. Przekazał on informacje, które zdobył od prof. Wiktora Grzywo-Dąbrowskiego, kierownika Zakładu Medycyny Sądowej. Informacja brzmiała: wykluczam samobójstwo.

Czyli „Anodę” zamęczono podczas śledztwa (mogło się to stać po jego powrocie do aresztu)? Miał on bowiem wgniecioną klatkę piersiową, tak jakby ktoś po nim skakał. Według dr Okolskiego, prof. Grzywo-Dąbrowski miał nieprzyjemności, ponieważ nie chciał podpisać się pod protokołem z sekcji zwłok, gdzie jako przyczynę śmierci podano krwotok.

W latach dziewięćdziesiątych XX wieku przeprowadzono oficjalne śledztwo, połączone z ekshumacją. Wtedy też przesłuchano żyjących oprawców Rodowicza. To mjr Wiktor Herer, naczelnik Wydziału IV Młodzieży Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który specjalizował się w inwigilowaniu środowisk artystycznych i akademickich – to on formalnie wydał nakaz aresztowania „Anody”, oraz por. Bronisław Klejn. Obaj kategorycznie zaprzeczali, jakoby Rodowicz był w gmachu resortu torturowany.

Klejn stwierdził, że tylko raz przesłuchiwał Rodowicza na polecenie swego przełożonego. Miał jedynie za zadanie przetrzymać go przez kilkanaście minut i doprowadzić do szefa. Zapewniał też, że był to jego pierwszy i jedyny kontakt z „Anodą”, gdyż przesłuchiwanie go nie leżało w jego kompetencjach.

Nie upilnowałem. Wymknął się – twierdził Klejn. W świetle jego zeznań „Anoda” wyskoczył przez otwarte na oścież okno w pokoju, do którego sekretarka poleciła konwojentowi wprowadzić więźnia na czas oczekiwania na Herera.

Według ubeków, od strony ambasady brytyjskiej, sąsiadującej z siedzibą ich resortu, do gmachu MBP dobudowano parterowy budynek gospodarczy. Skok na jego dach mógł więc, ich zdaniem, stać się dla „Anody” skokiem do wolności. Co ciekawe, Klejn zapewniał, że nie wyjrzał nawet za skaczącym. Nie sprawdził, co się z uciekinierem dalej działo.

Byłem w szoku. Wróciłem, żeby jak najszybciej zameldować, że wyskoczył. To czwarte piętro. Nie mógł przeżyć. Potem już się o tym nie rozmawiało – zeznał.

Pytanie, czy człowiek inteligentny, a przy tym dalece niesprawny, ryzykowałby skok z czwartego piętra i próbę ucieczki przez mur na teren ambasady. Według dokumentów zgromadzonych w Instytucie Pamięci Narodowej, „Anoda” był przesłuchiwany co najmniej czterokrotnie: zaraz po zatrzymaniu, 24 grudnia, a później 29 grudnia oraz 4 i 7 stycznia.

„Zastrzelony podczas próby ucieczki”

Według akt sprawy, zgon „Anody” stwierdził doktor Zygmunt Rusaczewski, a sekcję zwłok wykonał ppłk Kazimierz Rusiniak. Takie nazwiska nie figurowały jednak w ewidencji pracowników ani współpracowników MBP.

Przez cztery lata przesłuchano kilkadziesiąt osób, ale nie udało się ustalić prawdy o ostatnich chwilach życia „Anody”. Jednoznacznej odpowiedzi nie przyniosło też przeprowadzone po ekshumacji badanie szczątków w warszawskim Zakładzie Medycyny Sądowej.

Nie udało się potwierdzić tezy o przestępstwie – wyjaśniał wówczas wybitny antropolog, dr hab. Bronisław Młodziejowski. Na określenie przyczyny śmierci – czy to od kuli, czy w wyniku zgniecenia klatki piersiowej – ponad wszelką wątpliwość było już za późno.

Po kilku latach śledztwo przeciwko oprawcom „Anody” także umorzono. I teraz podstawowa sprawa: teczka z dokumentami dotyczącymi „Anody”, jego aresztowania i śmierci zniknęła. A był na niej napis: „Zastrzelony podczas próby ucieczki”.

Wiktor Herer został w latach siedemdziesiątych profesorem nauk ekonomicznych, członkiem prezydium Polskiej Akademii Nauk, a w 1980 roku z rekomendacji Jacka Kuronia doradcą Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” ds. rolnictwa; zmarł w 2003 roku.

Tadeusz Płużański


5 KOMENTARZE

  1. Tytuł tego wpisu jest mocno nietrafiony – „komuniści” są bezosobowi, to może porównamy z określeniem „naziści” ? Ogarnijcie się na tym portalu

    • oni są niepoprawni, co to za pisanie o hitlerowskich flagach, przynajmniej napisali, polskie flagi a nie np. piłsudczykowskie

Comments are closed.