Mateusz Morawiecki. Foto: PAP
Mateusz Morawiecki. Foto: PAP
REKLAMA

Jak zwykle czas biegnie nieubłaganie i w pamięci ludzkiej zaciera minione wydarzenia, dlatego przypomnę, że kilkanaście lat temu na jasnym firmamencie naszej polityki przez chwilę całkiem jasno świeciła gwiazda pani poseł Elżbiety Jakubiak. To, że wspomniane nazwisko niewiele mówi nawet dzisiejszym trzydziestolatkom, jedynie potwierdza, jak czas szybko leczy rany i zamiata pod chodnik niegdysiejszych celebrytów.

Ale wracając do naszych baranów, pani poseł Jakubiak zasłynęła swego czasu z wypowiedzi podczas wywiadu ze znanym redaktorem, kiedy to oświadczyła, że „u nas uważa się, że biznes tworzy państwo, a urzędnicy państwowi je niszczą, a to oni przygotowują wielką infrastrukturę dla życia dziennikarzy, biznesu. Gdyby nie oni, gdyby nie tacy ludzie jak ja, byłby pan bez numeru dowodu, zameldowania”.

Na takie dictum pan redaktor przytomnie próbował kontrować, że „Gdyby nie biznes, pani byłaby bez pensji”, co tylko dodało pani poseł animuszu, ponieważ natychmiast odparowała: „To nieprawda! Wypracowuję ją jako urzędnik państwowy, wydając panu zaświadczenia, by mógł pan prowadzić działalność gospodarczą, przygotowując działkę do inwestycji i tak dalej. W sumie to ja panu pozwalam pracować…”.

REKLAMA

Wypowiedź ta nie pozostała wówczas bez echa i była komentowana, ale później przykrył ją kurz czasu, zwłaszcza że i gwiazdka pani poseł dość niespodziewania zgasła, gdyż poczuła się zbyt pewnie i myślała, że może stawiać warunki Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Dzisiaj ową historyjkę i wypowiedź przypominam, ponieważ nastały takie czasy, kiedy ci, którzy zachowali jeszcze trochę zdrowego rozsądku, patrzą z niedowierzaniem na działania rządu, a część nie może zrozumieć, skąd w tych decydentach na publicznych stołkach taki brak wyobraźni idący w parze z wyraźnym samozadowoleniem i przekonaniem, że to właśnie rząd jest tym, kto obecnie stwarza nam infrastrukturę do życia i działania.

Nagle okazało się, że niegdysiejsze przekonanie pani Jakubiak, że to rząd jest główną siła sprawczą powstawania przemysłu, produkcji, handlu, miejscem tworzenia dochodów etc., jest  powszechne w elitach obecnej władzy i bardziej zaraźliwe niż brytyjska wersja koronawirusa. Obrazowe porównania nie zawsze są  najlepszą formą wyrażania wyjaśniania pewnych zjawisk, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że obecny rząd – zresztą nie tylko nasz tubylczy – pod pretekstem walki z koronawirusem nie tylko podcina gałąź, na której sam siedzi, bo to byłoby jeszcze do zaakceptowania, ale podcina całe drzewo, na którym siedzimy wszyscy pospołu.

Statystyki covidowe prezentowane przez rządy wielu państw od początku nie były wiarygodne i stanowiły w zasadzie jedynie pewien umowny punkt porównania, ale obecnie te statystyki nie mają de facto żadnego znaczenia dla prowadzonej polityki, która systematycznie zaostrza kolejne wymagania wobec obywateli. Jakie bowiem znaczenie dla powstrzymywania epidemii koronawirusa ma przykładowo ustanowienie godziny policyjnej, która znienacka weszła na stałe do krajobrazu wielu państw uważanych za wzorowe demokracje? A przecież nie od dziś wiadomo, że godzina policyjna ma znaczenie przy pacyfikowaniu nastrojów, a nocą nikt nie chodzi do zamkniętych sklepów, nikt tych sklepów na noc nie otwiera, nigdzie też masowo nie są praktykowane nocne spacery, zwłaszcza w sezonie jesienno-zimowym, który panuje obecnie na półkuli północnej.

E-BOOKI W BIBLIOTECE WOLNOŚCI

Podżegacze

Ale takie podkręcanie obostrzeń wywołuje też u części najbardziej zdesperowanych chęć czynnego protestu i do takich protestów coraz częściej dochodzi w krajach wydawałoby się do dzisiaj całkiem spokojnych, jak np. Holandia. A jak są protesty, to wiadomo, że zdarzają się akty wandalizmu, grabieże sklepów, niszczenie mienia i od razu mamy gotową narrację, że protestujący vel przeciwnicy obostrzeń to chuligani, złodzieje i dzicz niegodna ludzkiego traktowania. Czasami można nawet odnieść wrażenie, że takie niczym nieuzasadnione wprowadzanie nowych ograniczeń jest nawet obliczone na wywołanie niezadowolenia – po to, by wykazać, że każdy, kto ma inne zdanie na temat prowadzonej polityki, to oszołom i bandyta. W końcu im bardziej rządowi wyczerpują się argumenty natury merytorycznej, tym bardziej jest skłonny wyprowadzać dyskusję na ulice, gdyż tam nie musi się już z niczego tłumaczyć, a posiada jeszcze zbrojne ramię, które jak dotąd jeszcze rządu słucha.

W Stanach Zjednoczonych tysiące ludzi pod Kongresem robiło mocne wrażenie na opinii, ale już burdy, niszczenie mienia i wreszcie ofiary śmiertelne tych burd skutecznie i błyskawicznie odparowały poparcie tejże opinii dla ustępującego prezydenta. W Polsce nie dało się zmienić przepisów aborcyjnych przez 25 lat. Pomysł taki nie przyszedł PiS-owskiemu rządowi przez bite pięć lat od wygranych wyborów w 2015 roku. I nagle, prawie z dnia na dzień, udało się to częściowo zrobić akurat wraz z napływem „drugiej fali” koronawirusa.

Trzy miesiące nie udawało się wyroku Trybunału Konstytucyjnego opublikować w Dzienniku Ustaw, w tym czasie prezydent wyszedł z kompromitującą jego i jego otoczenie ofertą kompromisu, jakieś dziwne pomysły zaczęli zgłaszać posłowie, nikt nie potrafił powiedzieć, gdzie zapodział się  wyrok i dlaczego nie jest publikowany, po czym bach – po trzech miesiącach znienacka wyrok ukazał się w Dzienniku Ustaw. Ale wiadome jest, że od kilkunastu dni rząd zaczął mieć problem z posłuszeństwem obywatelskim: restauratorzy, część sklepów i hotelarzy zaczęła egzekwować swoje prawa do prowadzenia działalności, wyjście z lockdownu zaczęły zapowiadać kolejne podmioty, więc prawdopodobnie należało stworzyć pretekst do kolejnych działań prewencyjnych.

PAKIETY W BIBLIOTECE WOLNOŚCI

Totalniacy

Cały czas jesteśmy też straszeni „trzecią falą” epidemii, mającą usprawiedliwiać podtrzymywanie lub nakładanie nowych obostrzeń nawet wbrew danym dotyczącym skali zachorowań, ryzyka ciężkich zachorowań czy chociażby bieżącego obciążenia pacjentami covidowymi tzw. służby zdrowia. A już od dłuższego czasu szpitale i urządzenia służące podtrzymywaniu pacjentów w ciężkim stanie są zajęte w ok. 50 proc.

Tymczasem z tą „trzecią falą” jest pewien ciekawy zbieg okoliczności, ponieważ właśnie dokładnie takim terminem określono pod koniec lat sześćdziesiątych pewien eksperyment socjologiczno-psychologiczny mający dowodzić, że społeczeństwa demokratyczne nie są odporne na wpływy totalitarne i że bardzo szybko można taką z wierzchu liberalną społeczność doprowadzić do zamordyzmu. Sam eksperyment był również bardzo ciekawy, ponieważ jednym z pierwszych kroków do przekształcenia wolnej społeczności w społeczność obozową było wprowadzenie prostych, aczkolwiek dziwnych i nieuzasadnionych postulatów porządkowych, takich jak sposób siedzenia, sposób trzymania rąk czy nóg lub ilość wypowiadanych słów (to tak przy okazji najnowszego niemieckiego pomysłu na zakaz rozmów w miejscach publicznych).

A przecież takim właśnie zabiegom jesteśmy poddawani na globalną skalę od prawie roku i mimo że cały czas zwraca się uwagę na absurdalność wielu z tych zarządzeń, to jeszcze nikt, kto te rzeczy wymyśla, nie poniósł konsekwencji swoich działań, a w miejsce jednych absurdów wprowadzane są kolejne. Tak jak przez kilka miesięcy byliśmy przekonywani, że każdy sposób zasłaniania twarzy i nosa jest skuteczny i potrzebny, tak nagle ci sami zaczynają nam duraczyć, że maski bawełniane czy przyłbice są bez sensu i w niektórych krajach jest już obowiązek zakładania masek „o większej efektywności filtracji wirusów”. Eksperyment rozwija się w najlepsze.

Czy rząd Morawieckiego wierzy w to, co kiedyś dziennikarzowi opowiadała pani poseł Elżbieta Jakubiak? Czy rządy innych, poważnych przecież państw naprawdę wierzą, że gospodarka rozwija się dzięki rządowi i rządowym subwencjom? Parafrazując słynne powiedzenie: myślę, że wątpię. O czym jednakże może świadczyć takie postępowanie rządów, postępowanie jakby nie liczące się z gigantycznym przyrostem długu, postępowanie „demolujące gospodarkę” – i nie tylko samą gospodarkę, ponieważ cierpią także tzw. więzi społeczne. Jednym z powodów może być  hipoteza, że obecne rządy uważają, iż koronawirus to tylko pewnego rodzaju pretekst, przygrywka i że kiedyś w tym „nowym porządku ekonomicznym” pewne dotychczasowe reguły i zobowiązania nie będą wyglądały tak samo jak przed rokiem 2020.

Krzysztof M. Mazur


Najwyższy Czas.

REKLAMA