Dr Basiukiewicz: Lockdown uwodzi rządzących. Stało się coś dziwnego [WYWIAD]

Dr Paweł Basiukiewicz. (Fot. Facebook)
Dr Paweł Basiukiewicz. (Fot. Facebook)
REKLAMA

Coś stało się dziwnego, że w październiku 2019 roku mieliśmy prawie o 35 procent więcej pracy do wykonania i daliśmy radę ją wykonać, a rok później mieliśmy o 35 procent mniej pracy do wykonania i niedobory kadrowe, niedobory sprzętowe, niedobory lokalowe – mówi w rozmowie z „Najwyższym Czasem!” doktor Paweł Basiukiewicz, kardiolog i specjalista chorób wewnętrznych.

  • Jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę rządu. Coraz głębiej ingeruje się w nasze życie osobiste
  • To, że lockdown ma olbrzymie działanie niepożądane i słabo działa (wątpliwe, czy w ogóle działa w jakikolwiek sposób korzystnie), jest potwierdzone publikacjami
  • Czy cena, którą płacimy, podejmując bardzo wątpliwej skuteczności próbę ograniczenia rozprzestrzeniania się koronawirusa, nie jest zbyt duża?
  • Wywiad ukazał się w ostatnim wydaniu dwutygodnika „Najwyższy Czas!”. Więcej tekstów premium na stronie nczas.com znajdziesz w tym miejscu

Panie doktorze, czy przyjął Pan już szczepionkę na COVID-19?

Nie. Byłem chory i nie ma sensu, żebym się szczepił, przynajmniej na tym etapie. Odporność ozdrowieńca jest lepsza niż osoby zaszczepionej, poza tym mamy ograniczone zasoby szczepionkowe i nie jest racjonalne odbieranie dostępu do szczepionek osobom potrzebującym szczepień poprzez szczepienie ozdrowieńców.

REKLAMA

Tym, którzy mają teraz możliwość – seniorom, nauczycielom – radziłby Pan przyjąć szczepionkę?

Prenumerata NCZ! z książką GRATIS!

Generalnie szczepionki są dla nas bardzo korzystne, ponieważ zmniejszają ryzyko zachorowania i zgonu. Jeżeli ktoś nie jest ozdrowieńcem, nie chorował na COVID, a dodatkowo jest w populacji wysokiego ryzyka ciężkiego przebiegu choroby – powinien się zaszczepić.

Co Pan sądzi o tych najnowszych informacjach, że kraje rezygnują z partii szczepionek albo pewne dostawy nie dojeżdżają?

Uściślijmy: chodzi o wstrzymanie szczepień jednym z preparatów przez administracje niektórych państw. Jest bardzo duży bałagan informacyjny. Oczywiście płacimy w tej chwili cenę za to, że dopuściliśmy do stosowania preparaty bez zakończonych badań trzeciej fazy. Trwa to szybko, bardzo szybko, ekspresowo. I staje się zrozumiałe, że pojawiają się kontrowersje na ten temat. Państwa wraz z doradzającymi zespołami ekspertów wstrzymują partie szczepień. A co ma powiedzieć taki szary lekarz jak ja albo szary człowiek? Chyba tylko to, co już powiedzieliśmy. Wprowadzenie tak gwałtownie tych preparatów bez zakończonej trzeciej fazy badań niestety może skończyć się takimi kontrowersjami, że teraz w opinii publicznej pojawia się dyskusja, czy są szkodliwe, czy nie. Trudno coś w tej sytuacji zarekomendować. Osobiście przyjmuję stanowisko następujące: licząc na to, że społeczeństwo w miarę szybko wróci do normalności po zaszczepieniu jak największej liczby ludzi i może zaczniemy wychodzić z tego totalnego strachu – jak najbardziej zachęcałbym do szczepień, zwłaszcza osoby z grup wysokiego ryzyka, czyli osoby, które nie chorowały po sześćdziesiątce oraz osoby z chorobami przewlekłymi.

Mamy tę rocznicę pandemii, niektórzy nawet ją obchodzą. Przy okazji obserwujemy bardzo wysoką liczbę zgonów, statystycznie najwięcej od drugiej wojny światowej. Ale pojawiły się opinie, że to zgony z powodu lockdownu, a nie pandemii. Jak Pan się do tego odnosi?

Nie mamy pełnych analiz, ale to, co stało się nadzwyczajnego w Polsce czy w ogóle w krajach wysoko rozwiniętych, to wprowadzenie niefarmaceutycznych metod z grupy dystansowania społecznego: śledzenie kontaktów, izolacja, kwarantanna, zakaz wychodzenia z domu, zakaz podróżowania, zamknięcie biznesów, szkół, granic – ogólnie lockdown. To wszystko jest sytuacją niezwykłą. W tej niezwykłej sytuacji próbujemy jakoś funkcjonować. Nasza ochrona zdrowia, która i tak kuleje, jest chronicznie niedofinansowana, ma bardzo głębokie niedobory kadrowe na tle innych państw Europy, nagle została jeszcze bardziej dociśnięta, jakby obciążona dodatkowym czynnikiem. Była nim konieczność nadmiarowej izolacji i traktowania każdego pacjenta z COVID jako nadzwyczajny problem.


POLECAMY BIBLIOTECE WOLNOŚCI


Proszę zwrócić uwagę, że w październiku 2020 roku spadła sumaryczna ilość hospitalizacji w Polsce. Nie związanych z COVID, tylko wszystkich sumarycznie. Coś stało się dziwnego, że w październiku 2019 roku mieliśmy prawie o 35 procent więcej pracy do wykonania i daliśmy radę ją wykonać, a rok później mieliśmy o 35 procent mniej pracy do wykonania i niedobory kadrowe, niedobory sprzętowe, niedobory lokalowe. W październiku zaczął się gwałtowny wybuch nadmiarowych zgonów. Najwięcej było ich w listopadzie, ale w październiku było to już mocno rozpędzone. Stało się coś niezwykłego i jest taka hipoteza, że te nasze działania nadmiarowej próby wstrzymania rozprzestrzeniania się wirusa za wszelką cenę kosztowały nas bardzo dużo. To była cena paraliżu służby zdrowia, a i tak nic nie powstrzymaliśmy.

A jak Pan odczytuje sugestię ministra zdrowia – nie wiem, czy poszedł za tym jakiś dokument – żeby te różne planowane zabiegi odwoływać czy przesunąć?

Chodzi o zalecenie centrali NFZ dotyczące wstrzymania lub odwołania świadczeń planowych w celu zapewnienia miejsc dla chorych z COVID. Generalnie od marca 2020 roku narasta dług zdrowotny. Planowe zabiegi są odraczane. Zmieniła się sytuacja z ilością hospitalizacji w ciągu 2020 roku w stosunku do 2019 roku. Przez wszystkie procedury izolacyjne i zachęty do tego, żeby zamykać oddziały, przychodnie, odwoływać, operować tylko stany nagłego zagrożenia życia, doszło do tego, że w marcu mieliśmy o 34 procent mniej hospitalizacji, w kwietniu o 63 procent mniej hospitalizacji rok do roku, w maju o 46 procent mniej, w czerwcu o 25 procent mniej, w lipcu o 20 procent mniej, w sierpniu o 22 procent mniej, we wrześniu o 15 procent mniej i w październiku o 35 procent mniej. Widać, że miesiąc po miesiącu narastał dług zdrowotny. Ludzie nie otrzymali świadczenia, pomocy medycznej. Procedura została odroczona. Teraz mamy kontynuację odraczania świadczeń tzw. planowych, ale to świadczenie planowe w pewnym momencie przestaje być planowe.

Jakie zabiegi można odwołać, skoro już tyle odwołano?

W wielu dokumentach towarzystw naukowych są takie zalecenia, żeby świadczenia, które są mniej pilne, odraczać do odwołania. To, co się pojawiło ze strony NFZ, jest zaleceniem, a nie żadnym nakazem. Sygnał, że hamujemy. A my hamujemy od roku. Narastający dług zdrowotny doprowadzi w efekcie do pojawienia się zgonów w obszarze tzw. zgonów możliwych do uniknięcia. Są one głównie spowodowane zaniedbaniami w dziedzinie profilaktyki i leczenia chorób układu krążenia i chorób nowotworowych. Myślenie jest takie, że ponieważ mamy gwałtowną falę zakażeń, to jeśli przestaniemy przyjmować ludzi w szpitalach i leczyć z powodu innych chorób, to lepiej sobie poradzimy z koronawirusem. Pytanie pierwsze: czy na pewno lepiej sobie poradzimy? Drugie pytanie jest takie: czy cena, którą płacimy, podejmując bardzo wątpliwej skuteczności próbę ograniczenia rozprzestrzeniania się koronawirusa, nie jest zbyt duża?

Czy po tym roku jesteśmy mądrzejsi, znajdujemy się bliżej jakiegoś sensownego i szczęśliwego rozwiązania?

Niestety, działania idą w taką stronę, że używamy coraz chętniej i szerzej środków z grupy dystansowania społecznego. A to jest nieskuteczne i bardzo szkodliwe.

Ilość zgonów z powodu COVID stawia nas na jakimś wysokim miejscu na świecie, miejscu które jednak świadczy, że źle sobie radzimy?

Jesteśmy w czołówce. Na około 200 podających dane do statystyki krajów jesteśmy na 27 miejscu. Mamy 1236 zgonów przypisanych do COVID na milion mieszkańców. Szwecja ma 1293 zgony. Proszę zwrócić uwagę na środki użyte tam, a środki użyte tu oraz na fakt, że ilość tzw. nadmiarowych zgonów w Szwecji jest wielokrotnie niższa niż w Polsce.

Wiemy, w jakiej sytuacji jesteśmy. Rząd jest bardzo przewidywalny. Zamyka kolejne województwa, podtrzymuje zamknięcie szkół. Spodziewamy się, co zrobi, ale nie widać końca. Co można zrobić, bo nie wyjdziemy z tego zaklętego kręgu?

To jest takie urzekające, uwodzące jak śpiew syren w „Odysei”. Lockdown dla rządzących jest jak śpiew syren. Rozumiem, że im się wydaje, iż to działa. Wystarczy napisać rozporządzenie i powiedzieć, że zamykamy teatr, szkołę albo basen. To rzeczywiście będzie wykonane. Liczba przypadków albo wzrośnie, albo spadnie. Generalnie zawsze można coś zrobić. To jest uwodzicielskie. Wiele krajów z tego korzysta na przykładzie Chin. Warto to podkreślać. Delegacja WHO była w Chinach i stamtąd oceniła, że Chińczycy sobie świetnie radzą i powstrzymali epidemię drastycznymi środkami izolowania społecznego. Za tym poszły Włochy, cała Europa i część stanów USA. To jest uwodzicielskie jak śpiew syren. Odyseusz, chcąc słuchać śpiewu syren, musiał swoim towarzyszom zatkać woskiem uszy i kazał się przywiązać do masztu. Inaczej by zginęli.

Gdybyśmy chcieli zmienić tę sytuację, musielibyśmy natychmiast przerwać lockdown i zrezygnować z dystansu społecznego?

Tak uważam. Natomiast jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę rządu. Coraz głębiej ingeruje się w nasze życie osobiste i rozumiem, że wszyscy chcą dla nas dobrze. Potrzebna jest refleksja. To, że lockdown ma olbrzymie działanie niepożądane i słabo działa (wątpliwe, czy w ogóle działa w jakikolwiek sposób korzystnie), jest potwierdzone publikacjami.

A jeżeli nie możemy wpłynąć na to, żeby lockdown został przerwany, powinniśmy się pragmatycznie dać zaszczepić?

Nie chcę tych dwóch rzeczy mieszać. Jeżeli ktoś nie chorował, nie jest ozdrowieńcem – powinien się zaszczepić, zwłaszcza jeśli jest z grupy wysokiego ryzyka. Nie ma co do tego wątpliwości. Jeśli ktoś mieszka, pracuje z kimś z grupy wysokiego ryzyka – też się powinien zaszczepić. Żadnych wątpliwości nie mam i nie mieszałbym tych dwóch rzeczy. Lockdown to zupełnie coś innego.

rozmawiał Rafał Pazio


Najwyższy Czas - tygodnik konserwatywno-liberalny.

REKLAMA