Apel wojskowych do Macrona! Chcą przywrócić honor Francji. Lewica mówi o „puczu”

Legia Cudzoziemska Fot. Wikipedia
Legia Cudzoziemska Fot. Wikipedia
Prenumerata Najwyższego Czasu!

Pod apelem o powrót honoru do polityki i działania przeciw rozpadowi kraju podpisało się już około 8 tys. francuskich wojskowych, w tym ponad 20 generałów. Apel wywołał burzę. Chociaż większość sygnatariuszy to emerytowani już żołnierze, przeciwko pozostającym w służbie czynnej i rezerwie zapowiedziano ostre sankcje.

Politycy lewicy mówią o „puczu” i przypominają bunt armii przeciw gen. de Gaullowi 60 lat podczas odpuszczenia Algierii. Przewodnicząca Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen z kolei zaprosiła sygnatariuszy do udziału we wspólnej „bitwie o Francję”.

Minister obrony Florence Parly i obecny szef sztabu generał François Lecointre zapowiadają kary za za łamanie neutralności armii i uznają apel wojskowych za „niedopuszczalny” i „nieodpowiedzialny”. Pozostaje jednak podstawowy problem. Czy list jest wyrazem troski o kraj, do czego wojskowi mają prawo, czy też próbą wywarcia nacisku na władze cywilne, a nawet groźbą?

„Nie możemy pozostać obojętni”

Apel był inicjatywą gen. Jean-Pierre’a Fabre-Bernadaca, zawodowego oficera i szefa „Place Armes”. Podpisało go m.in. dwudziestu generałów i stu starszych oficerów. Jest adresowany do Emmanuela Macrona w czasach, kiedy „Francja jest w niebezpieczeństwie i grozi jej kilka śmiertelnych zagrożeń”. „Pozostajemy żołnierzami Francji i nie możemy w obecnych okolicznościach pozostać obojętni na losy naszego wspaniałego kraju” – piszą wojskowi.

Przypominają symbole sztandaru i tradycje, które na „przestrzeni wieków towarzyszyły tym, którzy bez względu na kolor skóry czy wyznanie, służyli Francji i oddawali za nią życie. Na tych sztandarach widzimy zapisane złotymi literami słowa „Honor i Ojczyzna”. Dlatego dzisiaj naszym obowiązkiem jest potępienie rozpadu, który dotyka naszą ojczyznę” – czytamy w apelu/

Wśród zagrożeń wymieniają zamieszanie wywołane francuską odmianą BLM, która wprowadza podziały i nienawiść do społeczeństwa, nawet groźbę wojny domowej. Do tego zagrożenia dla tradycji, historii, kultury. Ataki na pomniki – „symbole dawnej militarnej i cywilnej chwały”. Krytykują islamizm i „podmiejskie hordy”, które tworzą strefy bezprawia, wyłączone z praw Republiki. Dodają też ataki na policję i instytucje państwa lewackich bojówek.

„My, słudzy Narodu, którzy zawsze byliśmy gotowi się poświęcać, nie możemy być biernymi świadkami takich wydarzeń” – piszą i napominają o odwagę i honor polityków. „Jesteśmy gotowi wesprzeć każdą politykę, która uwzględni ochronę narodu” – dodają. Mocno brzmi też fragment o tym, że sytuacja może doprowadzić do „aktywizacji naszych towarzyszy broni w ryzykownej misji obrony naszych wartości cywilizacyjnych i naszych rodaków na terytorium kraju”.

Kiedy patriotyzm jest kojarzony ze „skrajną prawicą”

Media związane z władzą sygnatariuszy apelu identyfikuje się ze „skrajną prawicą”. Przykładem ma tu być gen. Christiane Piquemal. W 2016 roku ten były dowódca Legii Cudzoziemskiej został usunięty z wojska za przemówienie w Calais na wiecu przeciwko migracji i „islamizacji Europy”. Ówczesny minister Obrony Jean-Yves Le Drian zwrócił się do rady dyscyplinarnej o wykluczenie go z wojska i przeniesienie na emeryturę. Zachował rangę i uposażenie, ale utracił prawo noszenia munduru.

Minister obrony Florence Parly stwierdziła, że „chęć upolitycznienia wojska jest znieważeniem jego misji”. Na łamach lewicowego dziennika „Liberation” zaatakowała jednak przede wszystkim… Marine Le Pen. Zarzuciła jej, że „zapomina o zasadzie neutralności armii”: „Madame Le Pen należy przypomnieć, że armie nie są partią polityczną. Żołnierze nie są tam, by prowadzić kampanię”.

Francuzi nie podzielają opinii polityków

Duża część Francuzów widzi nadal w armii ostoję wartości. Warto przypomnieć, że kiedy prezydent Macron usunął krytykującego budżet wojska szefa sztabu generalnego gen. Pierre’a de Villiersa, ten stał się osobą popularną. Jego nazwisko zaczęło się nawet pojawiać w 2020 roku w sondażach kandydatów na prezydenta. I to z wynikami około 20 procent…

Francuzi widzą w armii szansę na wyjście z chaosu i ocalenie kraju przed społecznym rozpadem. Sondaż Harris Interactive na zlecenie LCI pokazuje, że o apelu wojskowych słyszało ​​64% respondentów. 38% ankietowanych zna go dokładnie. 58% ankietowanych „popiera słowa żołnierzy”…

84% ankietowanych podziela troskę żołnierzy związaną ze wzrostem społecznej przemocy, 73% z dezintegrację Francji, 74% z chaosem rebelii francuskiej odmiany Black Lives Matter. „Utracone tereny Republiki” na podmiejskich osiedlach dostrzega 86%. Prawie co drugi respondent (49%) opowiada się za… interwencją wojska.

Źródło: VA/ PCH24/ Le Figaro/ Le Parisien

10 KOMENTARZE

  1. Macron w czasie wojny powinien być na przedzie. Czy jest zwykłym, współczesnym urzędasem wyciągnietym spośród najgłupszego sortu.

  2. W upadającym państwie francuskim jakieś niedobitki mają jeszcze honor.
    Tyle, że odzywają się za późno i jest ich za mało, żeby coś zmienić.
    Teraz z pewnością będą czystki w armii żeby nie było dalszych problemów.

  3. w miarę normalnie – to wygląda, niemniej …
    „Dostrzegacze islamizacji Europy”, – mają oczywiście słuszność j- najczęściej przypominają Orianę Fallaci. Czyli przekaz: „widzimy niebezpieczeństwo islamizacji i … kochamy Izrel, bo taki prawicowy, i przeciwstawiający się islamistom”. :)
    Tacy „dostrzegacze” za nic „nie dojrzą”, kto etnicznie dominuje/ował wśród prekursorów (dawniej) i prominentów wspierania i uzasadnienia multikulti. Nie muzułmańscy dziennikarze…,

  4. Polacy to ludzie brzydzący się przemocą, ludzie wierzący w Boga i wartości, które się z tym wiążą. Wyższość kulturalna. trudno to zrozumieć zdemoralizowanym. ale każdy może wrócić na dobrą drogę. póki życie trwa, jest nadzieja dla tych, którzy zabłądzili.

Comments are closed.