Grzegorz Braun: Czy zostaniemy u siebie, na swoim? [WYWIAD]

Grzegorz Braun. / foto: PAP
Prenumerata Najwyższego Czasu!

Świadomie poleciałem Trumpem, bo to jest wyzwanie, czy my się tutaj obronimy. Czy zostaniemy u siebie, na swoim – mówi w rozmowie z „Najwyższym Czasem!” kandydat Konfederacji na prezydenta Rzeszowa, Grzegorz Braun.

Marek Matecki: – Możemy zacząć nie od polityki?

Grzegorz Braun: – Przyjmuję tę propozycję z ulgą.

– W 1976 roku przy niskim budżecie powstał film „Poszukiwany, poszukiwana”. Nikt nikogo nie zaszlachtował, nie zgwałcił, nie było wyuzdanych scen, wulgaryzmów. Nic z tych rzeczy, które dzieją się dzisiaj, a mimo wszystko świetny, inteligentny, dobrze zagrany film. Dlaczego dzisiaj się nie da, a kiedyś się dało? Dlaczego dziś scena musi być montowana 83 razy, a nie może być zagrana przez dwie minuty? Dlaczego musi być osiem nagich kobiet, żeby uzyskać jakieś pobudzenie u widza? Dlaczego muszą się bić przez pół filmu, strzelać i za sobą gonić, żeby nam się to podobało?

– Bo trzeba było coś umieć, żeby robić kino ciekawe, niekoniecznie z jatką czy ekspozycją. Trzeba było umieć napisać taki scenariusz. Zwrócę uwagę na to, że wszystkie te do dziś robiące wrażenie prostotą, skromnością, najlepsze filmy, także przez Pana wymieniony, są świetnie napisane. Są tak dobrze napisane, że chyba tylko istnieniu żelaznej kurtyny należy przypisać fakt, że połowa z nich nie miała remake’ów hollywoodzkich.

– „Pani Doubtfire” to taki amerykański film, ale zastanawiam się, czy ktoś tam nie umiał po polsku albo nie pochodził z Polski? To bardzo podobny suspens.

– Też tak gotów byłbym przypuszczać. Zresztą wiem, że „Being There”, znany u nas pod tytułem „Wystarczy być”, zresztą ocenzurowany na ekrany polskie, bo tam była lekka szydera z sowieckich ambasadorów, to był przecież plagiat Kosińskiego z „Nikodema Dyzmy” Dołęgi-Mostowicza. Pisarze i scenarzyści potrafili kiedyś tworzyć fabuły odpowiadające Arystotelesowskiemu kanonowi dramaturgicznemu. Odpowiadające kanonowi nie znaczy spełniające jakieś tam wydumane reguły, receptury urzędowe. Chodzi po prostu o to, że odpowiadały wewnętrznym, wbudowanym w człowieka potrzebom artystycznym i potrącały struny tej wewnętrznej dramaturgii, którą człowiek chętnie przeżywa. I jak Pan zwrócił uwagę, żeby zagrać scenę, która da się zarejestrować jako mastershot, longiem, jednym ciągiem, mówiąc po laicku, bez cięcia, bez montażu, to kosztuje czas na planie.

Panu się może zdawać, że to były filmy tanie, nic nie kosztujące, bo w jakimś tam blokowisku, na zwykłej ulicy. Nie. Wtedy w kinie się pracowało. Przy wszystkich pozorach prowizorki, żeby taki efekt prowizorki uzyskać, trzeba było się sporo natrudzić. I oczywiście aktorzy, którzy potrafili wchodzić na plan takiego filmu po próbie do wieczornego spektaklu szekspirowskiego. To nie byli ludzie przyuczeni do zawodu w telenoweli, niczego nie ujmując rozmaitym talentom, które i tutaj się zdarzają. Wielkie rzeczy musiały się zbiegać. Przede wszystkim, co jest starą prawdą, czego nie było w scenariuszu, tego nie będzie na ekranie. Najpierw trzeba film napisać. Dobry scenariusz oczywiście nie jest gwarancją, bo nie ma tak dobrego scenariusza, którego by nie można, przepraszam za kolokwializm, schrzanić na planie czy potem zepsuć w montażowni. Wszystko można zrobić, ale odwrotna zależność też zachodzi. Nie ma dobrego filmu bez pracy scenarzysty i nie ma dobrych ról bez pracy nad rolami, bez pracy nad scenariuszem.

– Współczesne filmy, jeśli je porównamy z latami osiemdziesiątymi czy dziewięćdziesiątymi, są dużo bardziej wulgarne, prostackie, agresywne, brutalne. Czy one są takie, bo my tacy jesteśmy, czy my tacy jesteśmy, bo oni tego chcą?

– Cóż, następuje pewna dewaluacja. Ale ludzie z poprzednich pokoleń też by się tak uskarżali, że świat się zmienił. O tempora, o mores! W naszych czasach nie jest aż tak źle. Jest też fajne kino rodzinne. Film, który ma z dekadę, ale ja mam dużo zaległości i oglądałem całkiem niedawno, „Wszystko dla niej” z Russellem Crowe’em. Po drugie: chociaż zdarzają się jakieś perły, paradoks jest taki, że w tych czasach wolności aż do bezhołowia, anarchizmu i rozpasania, jest taka cenzura, jakiej nie było nigdy wcześniej. Jest cenzura i kontrola nieinstytucjonalna. Nie ma cenzury prewencyjnej, jakiejś głównej delegatury Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk przy ulicy Mysiej w Warszawie. Jest cenzura na poziomie selekcji kadrowej, cenzura, o paradoksie, głębiej wbudowana w człowieka. Poprawność polityczna, ten neomarksizm, leninizm, a teraz w dobie walki z mniemaną pandemią, marksizm-leninizm i łysenkizm na dodatek. To obezwładnia, niszczy sztukę, obniża loty.

Rezultat jest taki, że jeżeli szukamy kina o naszych czasach, to nie znajdziemy go wśród produkcji dzisiaj serwowanych. Na czas pandemii polecam serdecznie np. „Inwazję porywaczy ciał” z Donaldem Sutherlandem. Dla większości dziś oglądających to prehistoria, ale nikt lepiej nie opowiedział o sytuacji, w której teraz się znajdujemy. To był zresztą remake amerykańskiego filmu Dona Zieglera, mistrza filmu klasy B z lat pięćdziesiątych, także mistrza Clinta Eastwooda. To są te klimaty, w których teraz żyjemy. Gorąco państwu polecam. Drugorzędne czarno-białe kino lat pięćdziesiątych i remake z kolejnych dekad.

– Pana hasło wyborcze to „Make Rzeszów Great Again”? Proszę skomentować.

– Świadomie poleciałem Trumpem, bo to jest wyzwanie, czy my się tutaj obronimy. Czy zostaniemy u siebie, na swoim. Oficjalne hasło mojej kampanii, które mój komitet prezentuje, to „Nowy impuls dla Rzeszowa”. Wszyscy zgodni są co do tego, że wiele rzeczy dobrych się zdarzyło. Lata minione nie należą do lat we wszystkim zmarnowanych. Wręcz przeciwnie. Właśnie Rzeszów wysforował się na czoło miast wojewódzkich w Polsce, jako jedyne miasto z dodatnią prognozą demograficzną, pomijając stołeczną Warszawę. Ale ja wiele razy w „NCz!” zwracałem uwagę, że stołeczna Warszawa jedzie na sterydach, na sztucznym, biurokratycznym wspomaganiu. To się nie liczy. A Rzeszów rozwijał się autentycznie, organicznie. To trzeba utrzymać. Są takie truizmy, że najważniejszy jest „kapitał ludzki”. Chodzi o to, żeby nam ludzie stąd nie wyjeżdżali na księżyc. Oczywiście cieszymy się, jak młodzież przetrze się w świecie, nabędzie orientacji i doświadczeń. Chodzi jednak o to, żeby to nie była dezorientacja, która uniemożliwi powrót w rodzinne strony.

– Są tacy puryści językowi, którzy by zaprotestowali na słowa „kapitał ludzki”.

– Wiem. Ale ja wkładam w cudzysłów tego typu nomenklaturę. Odnoszę się do tego i taką próbuję zbudować figurę, że teraz to nie jakieś zewnętrzne moce odsysają z Podkarpacia i z Rzeszowa młodzież szkolną i akademicką. Robią to siły wewnętrzne, a nawet żeby to wszystko nie było jakieś enigmatyczne i anonimowe, po prostu rząd Rzeczypospolitej Polskiej, jego władze i służby wyganiają młodzież ze szkół, studentów z miasta. I to, co jest, było skarbem i można powiedzieć lokalnym przemysłem rzeszowskim, właśnie uczelnie, szkoły, staje teraz pod znakiem zapytania i zmierza w stronę katastrofy. Przecież puste uczelnie, puste szkoły to także puste konta ludzi, którzy kupili, zbudowali czy w jakiś sposób stworzyli mieszkania na wynajem dla studentów. To są handlowcy, usługodawcy, lokale i sklepy, które mają mniejszy utarg dlatego, że dziesiątki tysięcy mniej klientów funkcjonuje w Rzeszowie. To, że nasze miasta wymarły, widzę na przykładzie zbiórki podpisów, które były taką niezbędną formalnością do zarejestrowania mojej kandydatury. Nieskromnie odnotuję, że została ona zgłoszona i zarejestrowana jako pierwsza, dzięki wytężonej pracy mojego komitetu, sztabu, moich wolontariuszy. Nigdy do tej pory nie było takiej orki na ugorze. Nigdy to nie było tak ciężkie. Miasto puste. Ludzie przegonieni z ulic, przetresowani, znękani, a to przecież tylko jedno ze zjawisk z całej szerokiej gamy.


POLECAMY W BIBLIOTECE WOLNOŚCI


To są twarde dane. Rośnie liczba zgonów ponadnormatywnych, statystycznie nadreprezentatywnych. Ta liczba, której nawet kreatywna księgowość rządowa nie przypisuje żadnemu COVID-owi. To są ofiary Niedzielskiego, Szumowskiego, Morawieckiego i spółki. Oprócz tej liczby trzeba jeszcze odnotować rekord świata, czyli największą w historii współczesnej Polski liczbę upadłości i restrukturyzacji przedsiębiorstw w pierwszym kwartale 2021 roku. Na to wszystko jeszcze władza wchodzi z kolejnym mirażem manny z nieba, gruszek na wierzbie, za co mamy oddać naszą suwerenność radzie komisarzy ludowych w Brukseli. Szanowni państwo! Warszawa padła. Warszawa przegrana, przejęta przez wroga. W Rzeszowie trzeba się okopać, utrzymać, obronić tak, żebyśmy zostali u siebie na swoim.

– Gdyby Pan został prezydentem Rzeszowa, byłby Pan władny w jakikolwiek sposób to powstrzymać?

– Władny nie. To nie jest takie proste i to słuszne przecież, że władza samorządowa nie może wytworzyć żadnego automatyzmu prawnego, który pozwoliłby zakwestionować decyzję rządu. Ale uwaga. Trzeba, aby mieszkańcy tego przynajmniej miasta na początek mieli swojego rzecznika. Rzecznika interesu wolnych, normalnych ludzi. Żeby prezydent swój autorytet, swoje moce, także prawne, organizacyjne, położył tutaj na szalę. Mówiłem to na konferencjach prasowych, na Podpromiu pod halą, w której w ostatni weekend, niestety przy pustych trybunach, nasze siatkarki rozgrywały zwycięski mecz. Mówiłem, że pójdę do sądu o to, że się te tak piękne trybuny marnują. Zaprotestuję przeciwko niegospodarności, pomijając już inne aspekty tej sprawy. To jest niegospodarność doprowadzać do tego, żeby się marnowały nieruchomości, infrastruktura, na których wytworzenie miasto łożyło, a więc podatnicy płacili. Wystąpię w interesie restauratorów, właścicieli klubów, lokali, organizatorów imprez, którzy są bezprawnymi nakazami i zakazami niszczeni, doprowadzani do bankructwa i rozpaczy. Co do służb. Owszem, to wojewoda kontroluje, w naszym wypadku pani wojewoda, moja szanowna kontrkandydatka, sprawuje nadzór nad działaniami policji. Ale trzeba się ująć za służbami, za policją państwową. Trzeba ująć się za honorem policyjnego munduru. Policjanci są nagminnie delegowani do działań, które czynią z nich przestępców mimo woli, chciałbym wierzyć, w większości przypadków. Przestępstwem jest nadużycie uprawnień art. 231, a nadużycie rodzi się wtedy, kiedy nie ma stosownej podstawy prawnej do działania. Jest art. 249 – to jest, uwaga, przeszkadzanie w zebraniach poprzedzających głosowanie. Czyli mówiąc krótko: dezorganizowanie wyborów. To jest kryminał. Z tym mamy tutaj do czynienia na co dzień w Rzeszowie.

To dodaje pewnej pikanterii całej tej sytuacji, ponieważ właśnie policja działa tutaj co najmniej z poduszczenia ludzi, którzy mnie łaskawi są uważać za przeciwnika, którego należy zniszczyć – i to nie siłą argumentów. Ja się specjalnie o to nie obrażam, ale zwracam uwagę, że to nie chodzi o moją osobistą kondycję, samopoczucie, tylko chodzi właśnie raczej o interes służby. Chodzi o godność urzędów państwowych. To one są tutaj ośmieszane. One są tutaj wypychane ze strefy prawa, praworządności w strefę szarą w najlepszym wypadku, a w pewnych, wcale nie tak rzadkich przypadkach w sferę przestępczości, o ironio, zorganizowanej o charakterze zbrojnym…

rozmawiał Marek Matecki


1 KOMENTARZ

  1. O to musimy walczyć , żeby nas żyd nie zniewolił jak w Średniowieczu , uciekali z Anglii czym się dało , nawet wpław do Hiszpanii !!!

Comments are closed.