Jacek Piekara: Opłata reprograficzna oczywiście jest podatkiem. Jestem do niej nastawiony negatywnie [WYWIAD]

Jacek Piekara, źródło: zrzut ekranu z kanału Media Narodowe
Jacek Piekara, źródło: zrzut ekranu z kanału Media Narodowe

Opłata reprograficzna oczywiście jest podatkiem i mimo zaklęć rządu nie ma co do tego żadnych wątpliwości – mówi w rozmowie z Najwyższym Czasem! Jacek Piekara, pisarz fantasy i publicysta „Warszawskiej Gazety”.

Jakub Zgierski: Rząd już od dawna planuje wprowadzić tzw. ustawę reprograficzną. Obecnie sprawa nabiera tempa. Jak Pan, jako pisarz, a więc i artysta, zapatruje się na to posunięcie?

Jacek Piekara: Nie mam pojęcia, czy ta ustawa będzie dla mnie osobiście korzystna czy neutralna, ale niezależnie od tego jestem do niej nastawiony negatywnie. Zarówno ze względów ekonomicznych (bo jest to nowy podatek) jak i ze względów etycznych. Ze względów etycznych krytykuję ten projekt dlatego, że jest to zmuszanie podatników do utrzymywania ludzi, którzy nie mają chęci czy zdolności, by utrzymywać się sami w wybranym przez nich samych fachu. A jednocześnie ci ludzie nie chcą poszukać innej drogi rozwoju zawodowego. Krótko mówiąc: wszyscy jako podatnicy zapłacimy za to, by pisarz, którego książek nikt nie chce czytać, aktor, którego nie chce zatrudnić żaden reżyser, czy piosenkarz, na którego koncerty nikt nie przychodzi – by wszyscy oni nie musieli się martwić swoją bylejakością i mogli dalej uprawiać swoje hobby. Tylko tym razem za nasze pieniądze.

Czy ta opłata jest de facto podatkiem, który koniec końców zapłacą konsumenci? Wskazują na to wypowiedzi przedstawicieli branży elektronicznej.

Opłata reprograficzna oczywiście jest podatkiem i mimo zaklęć rządu nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Tak jak nie ma wątpliwości, że koszta tej opłaty poniosą nie producenci czy dystrybutorzy sprzętu elektronicznego, lecz zwykli klienci tacy jak Pan, ja czy nasi czytelnicy.

Pieniądze z opłaty reprograficznej mają zasilić Funduszu Wsparcia Artystów Zawodowych. Czy rzeczywiście artyści potrzebują takiej pomocy z publicznych pieniędzy?

Środowiska artystyczne mają od zawsze tendencję do uważania się za elitę pełną ludzi wybitnych i wyjątkowych, którym w związku z tą wybitnością i wyjątkowością należą się szczególne prawa. Tymczasem nie ma żadnego powodu, by to środowisko traktować w sposób uprzywilejowany. Podatnicy nie powinni być zmuszani do utrzymywania artystów, którzy nie potrafią utrzymać się sami. Na całym świecie jest tak, że zawód artysty jest zawodem podwyższonego ryzyka. Można zostać milionerem, ale równie dobrze można całe życie być kelnerem, który stara się wcisnąć komuś swój scenariusz czy dostać się na casting. Z dnia na dzień można zarobić miliony, ale można też wegetować poniżej granicy biedy. Każdy, kto podejmuje się zostać artystą „na pełny etat”, doskonale o tych zagrożeniach wie. Nie mamy więc jako społeczeństwo ani żadnego interesu, ani żadnej odpowiedzialności moralnej wobec ludzi, którym po prostu nie udało się wiele osiągnąć w dotychczasowym zawodzie, a nie chcą tego zawodu zmienić na inny.

Istnieje zjawisko tzw. wykluczenia cyfrowego. Na początku roku pojawił się raport Federacji Konsumentów, który został poświęcony tej problematyce. Z analizy wynika, że nawet 4,5 miliona Polaków nie ma dostępu do komputerów i Internetu. Czy podwyżka cen sprzętu jedynie nie pogorszy sytuacji wielu polskich rodzin?

Nie wiem, jaką zastosowano metodologię w tych badaniach, ale wydaje mi się, że w Polsce ludzie wykluczeni cyfrowo z powodów finansowych stanowią drobny margines. Przecież mamy zarówno łatwy dostęp do taniego Internetu, jak i naprawdę korzystne ceny sprzętu elektronicznego, zwłaszcza używanego czy nie pierwszej młodości. Sądzę jednak, że są osoby, których uczestnictwo w społeczeństwie cyfrowym po prostu nie interesuje. Więc oni będą stać obok zjawiska cyfryzacji niezależnie od cen produktów. A przypomnę tylko, że z niewiadomych powodów podatkiem nie zostaną obłożone smartfony, a więc sprzęt, którego powszechnie używamy do kontaktów ze światem, do obsługi mediów społecznościowych, do przeglądania stron internetowych, słuchania muzyki, oglądania filmów, grania, czytania prasy i książek itp. itd.

Wprowadzenie opłaty reprograficznej zalicza się do szerszego programu Polskiego Ładu, który zaprezentował niedawno obóz Zjednoczonej Prawicy. Czy widzi Pan w zapowiedziach rządu jakieś inne niepokojące pomysły, które nie wyjdą polskiemu społeczeństwu na dobre?

Każdemu rządowi zawsze trzeba patrzeć na ręce. Bo każda władza może nas niemiło zaskoczyć, zresztą niekoniecznie nawet z umyślnej, złej woli. Historia nas nauczyła, że czasem sens całej ustawy może zmienić jedno zdanie, a nawet jedno słowo. Że ustawodawca czy lobbyści są w stanie stworzyć pewne nieoczywiste furtki prawne w proponowanych przepisach albo, co gorzej, zostawiają, z głupoty czy nieuwagi, luki prawne, mogące mieć fatalne konsekwencje. Przy tak złożonej i skomplikowanej materii legislacyjnej, jaką będziemy mieć przy budowaniu Polskiego Ładu, każde zdanie każdej ustawy trzeba prześwietlić dwa razy. I zawsze zastanawiać się, czy najpiękniejszych w założeniach projektów nie będzie się dało w praktyce tak odwrócić, by stały się parodią samych siebie. Myślę, że nikt z nas nawet nie zdaje sobie sprawy, jakie walki branż zawodowych, stronnictw politycznych czy lobbystów będą się toczyć o wygląd tych ustaw. Bo tu chodzi o ogromne pieniądze. I jako społeczeństwo musimy na każdym etapie ten proces legislacyjny kontrolować.

Rozmawiał Jakub Zgierski

Prenumerata NCZ! z prezentem