W stronę „unii zadłużenia”. Jeszcze mniej wolności

Lockdown, kwarantanna. Zdjęcie ilustracyjne: Pixabay
Zdjęcie ilustracyjne: Pixabay

W ostatniej dekadzie kwietnia doszło w Niemczech do kilku decyzji prawnych i politycznych, które w sumie nieuchronnie doprowadzą do kolejnego znacznego ograniczenia dotychczasowych prywatnych swobód i własności oraz (w konsekwencji) wolności obywatelskich i gospodarczych – nie tylko w RFN.

21 kwietnia Bundestag przyjął większością głosów poprawki do ustawy o ochronie przed zakażeniami. Stworzył więc podstawę prawną do centralnego zarządzania z Berlina tzw. mechanizmem jednolitych ograniczeń epidemicznych, w tym wprowadzania godziny policyjnej – już dla całych Niemiec. Dotychczas te kompetencje leżały bowiem (już od roku 1949) w gestii rządów 16 niemieckich landów – to one decydowały swoimi rozporządzeniami i dekretami m.in. o wszelkich antycovidowych restrykcjach i ograniczeniach. Miało to ten dobry skutek, że w kilku landach, np. w Szlezwiku-Holsztynie, wprowadzone tam ograniczenia i zakazy były już w ub. roku nieliczne i niewielkie – dla obywateli i firm znośne.

Zdaniem jednego z przywódców Alternatywy dla Niemiec, Aleksandra Gaulanda, wspomniane poprawki do ustawy to wyraźny „atak na podstawowe prawa, wolności, niemiecki federalizm i zdrowy rozsądek”. Richtig!

Także w związku z powyższym 28 kwietnia w całych Niemczech rozpoczęto już oficjalną obserwację i inwigilację wszelkich aktywnych i niepokornych zwolenników wolności i tradycji. Najpierw, już zimą br., oficjalną inwigilacją ze strony tamtejszej bezpieki objęto „ekstremistów” politycznych z tzw. (przez lewicowe media i urzędy) skrajnej prawicy. Objęto nią przede wszystkim „skrajne skrzydło” parlamentarnej Alternatywy dla Niemiec (najprawdopodobniej ta oficjalna inwigilacja dotyczy już większości spośród kilku tysięcy co ważniejszych działaczy tej konserwatywno-demokratycznej partii). A teraz, tj. od ostatnich dni kwietnia, oficjalną obserwacją i inwigilacją objęto już także różnych niepartyjnych przeciwników covidowych restrykcji i zakazów. 28 kwietnia Federalny Urząd Ochrony Konstytucji, czyli największa niemiecka tajna służba, poinformował bowiem media, że objął obserwacją „niektórych” aktywistów ruchu przeciwników wspomnianych restrykcji, w tym przede wszystkim członków obywatelskiego ruchu Querdenker – od wiosny ub. roku głównego organizatora wielotysięcznych protestów i manifestacji w Stuttgarcie, Monachium, Berlinie i kilkunastu innych miastach (ulicznych manifestacji, których jednym z głównych haseł było zwykle: „demokracja potrzebuje wolności” itp.).

Według oficjalnego komunikatu owego urzędu bezpieki, „niektóre osoby wykorzystują” bowiem społeczne, antylockdownowe protesty „do wzniecania przemocy i delegitymizowania instytucji państwa”. Ponadto te protesty są rzekomo „wykorzystywane do eskalowania napięcia i wywoływania przemocy”. Rzeczniczka wspomnianego urzędu bezpieczeństwa, Angela Pley, uzasadniając nowe działania tej instytucji, powiedziała między innymi: „Organizatorzy tych demonstracji, wywodzący się głównie z ruchu Querdenker, mają bowiem program wykraczający poza prezentowanie sprzeciwu wobec działań państwa przeciwko epidemii COVID-19”. No proszę, „wykraczający poza” jakieś dozwolone ramy programowo-polityczne. Sehr schön und demokratisch!

Ta domniemana i rzekomo niebezpieczna „przemoc” (według socdemokratycznej bezpieki) to zapewne między innymi opieranie się przymusowi noszenia antycovidowych namordników na ulicach i placach, w tym podczas manifestacji, czy np. publiczne manifestowanie oczekiwań otworzenia wreszcie restauracji, barów, hoteli itd. Pod „obserwacją” niemieckiej bezpieki znaleźli się też konserwatywni „Obywatele Rzeszy” (tej cesarskiej, czyli Reichsbürger), przedstawiciele społecznego ruchu sprzeciwiającego się jakimkolwiek przymusom szczepień, przeciwnicy kolejnego komunistycznego projektu władz UE – wprowadzenia specjalnych paszportów dla osób już zaszczepionych przeciw COVID-19 (mających pozwolić im – w przeciwieństwie do niezaszczepionych – na w miarę swobodne podróżowanie za granicę) itp. „prawicowi ekstremiści”. Inwigilowani przez „demokratyczną” bezpiekę są już ponoć także jacyś tajemniczy „zwolennicy teorii spiskowych” i inni „przeciwnicy demokracji”. Wunderbar!

Należy przy tym zaznaczyć, że np. „Obywatele Rzeszy” są już inwigilowani i prześladowani od dobrych kilku lat, a ruch Querdenker został objęty „specjalnym nadzorem” tajnej policji już wcześniej, bo latem ub. roku. Tyle że wówczas jeszcze nie w całych Niemczech, a tylko w kilku landach, w tym w Bawarii i Badenii-Wirtembergii. Należy przypomnieć, że gdy 21 kwietnia Bundestag przegłosował wspomniany mechanizm wprowadzania przez rząd federalny kolejnych ograniczeń i restrykcji (już niezależnie od decyzji rządów regionalnych), w tym godziny policyjnej, to przed gmachem parlamentu RFN w Berlinie demonstrowało przeciwko temu ok. 9 tys. Niemców, a część z nich starła się z policją. Być może to właśnie ta demonstracja zwolenników wolności i poszanowania prawa przesądziła o tym, że służby policji jawnej i tajnej zdecydowały się w końcu na ogłoszenie już oficjalnej inwigilacji organizatorów wspomnianych protestów i wszelkich przeciwników rządowych restrykcji.

W stronę „unii zadłużenia”

23 kwietnia prezydent Republiki Federalnej, Frank-Walter Steinmeier, podpisał ustawę dotyczącą ratyfikacji tzw. funduszu odbudowy Unii Europejskiej (tj. planowanej przez władze UE „wspólnej” odbudowy bankrutujących państwowych finansów Włoch, Hiszpanii, Francji i innych eurosocjalistycznych państw Unii). Dwa dni wcześniej niemiecki Trybunał Konstytucyjny odrzucił bowiem, niestety, skargę i prawne zarzuty grupy ekonomistów i prawników przeciwko wspomnianemu niebezpiecznemu planowi władz UE – nowego, „solidarnego” zadłużenia wszystkich 27 państw UE, w tym Polski, a także przeciwko udziałowi w nim Niemiec i niemieckich podatników. Autorzy skargi (złożonej w Trybunale w końcu marca) argumentowali, że na mocy europejskich traktatów władze UE nie mają żadnego prawa do zaciągania jakichkolwiek pożyczek w imieniu wszystkich państw-członków UE. Ponadto twierdzili, że planowany 750-miliardowy fundusz UE, mający powstać w całości z pożyczek pod szyldem UE, może naruszać finansowo-budżetową suwerenność Niemiec. Sędziowie z Karlsruhe odrzucili jednak skargę tej grupy prawników i profesorów ekonomii – uznając między innymi, że „nie można wyraźnie stwierdzić wysokiego prawdopodobieństwa naruszenia konstytucji Republiki Federalnej”. Schlimm!


PRZEDSPRZEDAŻ: JEDWABNE. HISTORIA PRAWDZIWA SPRAWDŹ SZCZEGÓŁY


Tak więc, niestety, droga prawna do powstania wielkiej „unii zadłużenia” – na przyszły wielki koszt wszystkich „obywateli Unii Europejskiej” oraz ich dzieci i wnuków – została ostatecznie otwarta. Za kilka dni i tygodni władze UE zaczną więc pożyczać „na rynkach finansowych” setki miliardów euro. A za kilka miesięcy zaczną projektować, a potem wprowadzać w krajach UE, od roku 2022 i 2023, w tym w Niemczech i Polsce, nowe „europejskie” podatki – w celu uzyskania środków na stopniowe spłacanie tych pożyczek. Choć obecnie władze UE nie mają jeszcze formalnego prawa do nakładania jakichkolwiek nowych podatków, to jednak jest bardzo prawdopodobne, że takie prawo uzyskają. A w najlepszym razie (najlepszym dla „obywateli Unii”) brukselscy komisarze i inni przedstawiciele eurokomuny będą domagać się, żeby do kasy UE trafiała między innymi część krajowego – polskiego, niemieckiego itd. – podatku VAT czy CIT, a ponadto np. całe wpływy z podatku od plastiku czy z innych „zielono”-fiskalnych wynalazków. W konsekwencji tego nowego wielkiego zadłużania i „odbudowy” budżetów eurosocjalistycznych państw UE dotychczasowy zakres prywatnych własności i wolności europejskich narodów ulegnie kolejnej i znacznej redukcji – chociaż zapewne jeszcze nie w najbliższych miesiącach.

Należy też pamiętać, że ten tzw. fundusz odbudowy przewiduje niebezpieczne przyznanie brukselskim i innym władzom UE kolejnych władczych kompetencji – zwłaszcza w zakresie „poszerzania zasobów własnych” (tj. fiskalnych) oraz wprowadzania nowych unijnych opłat i podatków. A przyznanie Komisji Unii Europejskiej prawa zaciągania wielkich długów i „solidarnej” odpowiedzialności wszystkich 27 państw UE za ich spłatę stworzy nową sytuację ustrojową – niemal taką samą, jaka powstała w kilkunastu stanach USA w końcu XVIII wieku. Wówczas „wspólna” decyzja kilkunastu amerykańskich polityków o zaciągnięciu i spłacie „wspólnych” długów przez 13 ówczesnych niepodległych krajów – późniejszych stanów Ameryki – przesądziła powstaniu federalnego państwa – USA. To samo chce teraz zrobić, pod pretekstem skutków „pandemii” i finansowego kryzysu (wynikłego z celowo nadmiernie interwencjonistycznej i „lockdownowej” polityki rządów i władz w UE), współczesna i rządząca w Europie eurolewica (eurokomuna). Unijny „fundusz odbudowy”, podobnie jak wcześniejszy tzw. traktat lizboński, będzie więc już decydującym narzędziem w realizacji przewrotnego planu kilku tysięcy eurokomunistów, w tym kilkuset z tubylczych jaczejek eurokomuny z „Gazety Wyborczej” oraz SLD/PO/PiS. Planu doprowadzenia do ostatecznego pozbawienia narodów Europy ich wolności i chrześcijańskich tradycji oraz do dalszej redukcji resztek suwerenności ich państw.

Po 70 latach działalności rezygnujemy z biznesu”

Restauracje i inne lokale gastronomiczne, hotele, kina i obiekty innych rozrywek, muzea i wiele innych miejsc pozostają zamknięte od 2 listopada. A większość sklepów – poza spożywczymi, drogeriami i aptekami – jest zamknięta od co najmniej 16 grudnia lub przyjmuje tylko nielicznych klientów, którzy telefonicznie umówili się na wizytę i mogą okazać tzw. negatywny wynik testu na COVID-19. W pierwszych dniach maja handlowe centra niemieckich miast pozostawały więc nadal niemal puste. Na wielu już wystawach sklepów odzieżowych i innych pojawiła się smutna wywieszka: „Zamykamy”. Na niektórych – sporych rozmiarów kolorowe plakaty i ogłoszenia w rodzaju: „Po 70 latach działalności żegnamy się, rezygnujemy z biznesu”.

Ile sklepów, punktów usług, lokali gastronomicznych i innych firm w Niemczech zbankrutuje i/lub z innych powodów zakończy działalność w najbliższych miesiącach? Niektórzy ekonomiści okołorządowi prognozują, że „tylko” o 6-8 tys. więcej niż zwykle, tj. w ciągu normalnego roku gospodarczego (kiedy to upadało i kończyło działalność zwykle ok. 20 tys. firm). A więc łączna liczba firm upadłych w tym roku ma nie być większa niż 27-28 tys. Ale inni analitycy gospodarki, ci nie związani z rządami i finansowanymi przez nie instytucjami, liczą się jednak z upadłością co najmniej 25 tys. firm – tylko wskutek kryzysu wywołanego przez rządy, przez ich zakazy, nakazy i ograniczenia. Szacują, że w sumie w Niemczech w tym roku zakończy działalność aż ok. 45-50 tys. firm – głównie tych małych i w dziedzinie handlu i usług. Niektórzy uważają nawet, że trwającego od jesieni drugiego lockdownu nie przetrwają nawet setki tysięcy restauracji, barów, klubów, hoteli, siłowni i kin ani inni usługodawcy, którzy nie mogą się obejść bez bliskich kontaktów z klientami. Ale oczywiście ogromnej większości niemieckich polityków, urzędników i mediów (podobnie jak tych z Warszawy czy także np. z Łodzi) ciężki los tych prywatnych firm i ludzi nic nie obchodzi! Furchtbar!

Tomasz Mysłek