Krzysztof Szczawiński Źródło: Polsat News
Krzysztof Szczawiński Źródło: Polsat News
Starałem się jak najdłużej być osobą, która chce się podzielić swoim zrozumieniem. Dostrzegłem jednak brak chęci zrozumienia. Moje modele były na tyle widoczne w przestrzeni publicznej, że gdyby ktoś chciał to zrozumienie pogłębić, mógłby po nie sięgnąć (…) ignorowanie faktów można tłumaczyć brakiem zrozumienia czy niekompetencją, ale pojawiły się też u ludzi władzy działania prowadzone w oczywisty sposób w złej wierze – mówił w rozmowie z „Najwyższym Czasem!” Krzysztof Szczawiński, matematyk, absolwent m.in. paryskiej Ecole Polytechnique, twórca modelu budowania odporności zbiorowej na koronawirusa, niewykorzystanego przez rząd.

Spada liczba zakażeń COVID-19. Jak można ten spadek interpretować i odczytywać?

Od szczytu spadliśmy już stokrotnie, czyli mamy stokrotnie mniej dodatnich wyników testów. To również oznacza stokrotnie mniej zakażeń. Te liczby są proporcjonalne. Odnotowujemy już w każdym województwie poniżej jednego dodatniego wyniku testu dziennie na 100 tysięcy mieszkańców. W większości województw występuje po kilka czy kilkanaście przypadków dziennie. We wszystkich województwach poniżej czterdziestu. Można powiedzieć, że epidemia wygasła. Zapowiadałem 1 kwietnia, że to koniec epidemii i liczba zakażeń będzie szybko spadać. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, iż wydarzenia aż tak dokładnie podążą za modelem. Mieliśmy tempo spadku najpierw poniżej 40 procent tygodniowo, później 40 procent tygodniowo i wyżej. Czyli procentowe tempo spadku przyspieszało, aż spadliśmy do takich liczb, których już nawet nie widać na wykresie, bo jesteśmy tak blisko zera. Tak po prostu działa odporność zbiorowa.

Jak Pan się czuł w gronie ekspertów, na których powoływali się lekarze i osoby komentujące sprawę inaczej niż przedstawiciele rządu?

Michalkiewicz. The Movie

Zacząłem się tym zajmować, widząc, jak bardzo nie rozumieją tego zjawiska osoby wypowiadające się w telewizji już w marcu 2020 roku. Tak się składa, że mam dosyć długie doświadczenie w modelowaniu procesów społeczno-ekonomicznych i matematyce stosowanej do tego typu zjawisk. Zacząłem modelować także ten przypadek. Wykonałem pracę, która polegała na zbudowaniu modeli, czyli na zbudowaniu zrozumienia. Modele to nic innego tylko narzędzie do rozumienia, a później do konstruowania przewidywań czy przeliczania różnych scenariuszy. Tym się zajmowałem, a osoby, które uczciwie podchodziły do sprawy, zauważyły, że to, co mówiłem, ma sens i się sprawdza. Zostało to później potwierdzone przez naukowców. Przypomnę deklarację z Great Barrington, która ukazała się w październiku zeszłego roku. Nie wszystkie, ale część moich wniosków z marca i kwietnia, czyli sprzed pół roku wcześniej, powtórzyła się w praktycznie identyczny sposób. Tych wniosków z moich modeli było więcej. Oni skoncentrowali się na tych podstawowych. Wśród osób, które z autentyczną troską i uczciwym, a nie propagandowym nastawieniem do tego podchodziły, wyniki te stały się po prostu widoczne. Później wręcz byliśmy w kontakcie i wymienialiśmy się tą wiedzą, mając podejścia komplementarne.

Jestem osobą od rozumienia systemowego i liczbowego. Potrafię przełożyć na systemowe i liczbowe modele wiedzę z poziomu mikro. Lekarze, wirusolodzy lepiej wiedzą, jak wygląda proces leczenia. Jak na poziomie mikro wygląda transmisja wirusa. Tę wiedzę z poziomu mikro, żeby ustalić, jak się przekłada na statystykę, na cały system czy społeczeństwo, trzeba umieć przeliczyć. Do tego służą modele i moje umiejętności.

Jednak z równowagi i spokoju, który zachowuje analityk, wytrąca Pana minister zdrowia.

Starałem się jak najdłużej być osobą, która chce się podzielić swoim zrozumieniem. Dostrzegłem jednak brak chęci zrozumienia. Moje modele były na tyle widoczne w przestrzeni publicznej, że gdyby ktoś chciał to zrozumienie pogłębić, mógłby po nie sięgnąć; w marcu i kwietniu zeszłego roku bardzo aktywnie próbowałem z tym dotrzeć do decydentów, widząc, na o ile słabszym zrozumieniu operują. Widzieliśmy również inne przykłady złego podejścia decydentów, chociażby zdjęcie programu pana Pospieszalskiego, który dawał głos ludziom, którzy rzetelnie chcieli rozpoznać sprawę.

Z jednej strony takie ograniczanie przekazu, ignorowanie faktów można tłumaczyć brakiem zrozumienia czy niekompetencją, ale pojawiły się też u ludzi władzy działania prowadzone w oczywisty sposób w złej wierze. Wtedy w człowieku burzą się emocje. Szczególnie że chodzi o ogromną sprawę. Kosztowała setki tysięcy zniszczonych żyć, ponad 100 tysięcy zgonów, których w większości można było uniknąć. Osoby, które się o tym wypowiadają, kreują pozory rozsądku poprzez spokojną, stonowaną, monotonną wypowiedź. Tymczasem zbudowanie bardziej zaawansowanego zrozumienia sytuacji przez dziesiątki godzin pracy z modelami dawało mi możliwość widzenia jak na dłoni, które i czyje wypowiedzi wynikały czy nadal wynikają z braku zrozumienia, a które wynikają z wręcz propagandowego, nieuczciwego zastraszania. Nie były adekwatne w stosunku do tego, co można było wiedzieć na temat zjawiska, używając lepszych modeli, lepszego zrozumienia. Trudno wtedy zachować spokój i rzeczywiście w moich wpisach o ministrze zdrowia to jest widoczne.


PRZEDSPRZEDAŻ: JEDWABNE. HISTORIA PRAWDZIWA SPRAWDŹ SZCZEGÓŁY


Mówił Pan, że na wykresach widać efekt odporności zbiorowej. Rozumiem, że nabytej wskutek przejścia choroby. Jaki udział ma odporność w wyniku szczepień?

Model służy temu, żeby wszystkie te czynniki przeliczyć w jednym miejscu. Widzieć relatywną wagę, wpływ każdego z czynników. Szczepienia jakiś efekt również przyniosły. Ale w Polsce spadek liczby zakażeń zaczął się od 1 kwietnia. Wtedy mieliśmy odporność zbiorową. Podczas kiedy w Niemczech procent zaszczepienia był wyższy w tym samym momencie, a w kwietniu mieli jeszcze wzrosty zakażeń. Ten sam klimat, ta sama sezonowość. Jaka była różnica? Taka, że w Polsce więcej osób przechorowało, więc więcej zdobyło naturalną odporność. Z tego powodu w Polsce już ta odporność nastała, podczas gdy efekt szczepień był zdecydowanie mniejszy. Tutaj podaję widoczny przykład Polski w zestawieniu z Niemcami, ale w modelu to wszystko wychodzi na liczbach. Model śledził wszystkie dane przez ten ponad rok i na ich podstawie uwzględniał liczbę osób, które się z tym zetknęły, uwzględniał zgony, wykryte zakażenia, wyliczał sezonowość itd. Wychodziła z tego wystarczająca liczba uodpornionych osób już 1 kwietnia. Od tego momentu dało się powiedzieć, że to koniec epidemii w Polsce. Model, który przewidział spadki, był adekwatny. Rzeczywiście zadziało się dokładnie według tych przewidywań. Byłem pierwszą osobą, która to zapowiedziała. Sprawdziło się. Trudno o lepsze potwierdzenie modelu. Rzeczywistość podążyła za przewidywaniami.

Jak Pan odczytuje presję rządu na kontynuację szczepień? Szczepionka uderza tylko w cząstkę wirusa i daje częściową odporność. Zaszczepieni muszą jeszcze czekać na jakąś kolejną szczepionkę, żeby uzyskać pełną ochronę?

Nie jestem wirusologiem. Ale spędziłem nad tym wszystkim na tyle dużo czasu, że zacząłem rozróżniać osoby, które mówią w sposób propagandowy, od osób, które starają się przekazać rzetelną wiedzę. Dowiadujemy się, że szczepionki są wycelowane w konkretne białko na wirusie. Budują odporność, która zwalcza wirusa poprzez jedno białko będące na jego powierzchni. Podczas gdy odporność naturalnie nabyta nie jest wycelowana tylko w jedno białko, tylko uczestniczy w niej wiele mechanizmów. Minister zdrowia mówi, że obawia się mutacji, które wymykają się szczepieniom, gdyż dają one dość wąską odporność. Nie wspomniał, że odporność naturalnie nabyta jest szersza. W Polsce mamy odporność zbiorową w ogromnej mierze dzięki przechorowaniu, dlatego jest szeroka. Gdyby pojawiły się warianty albo de facto zupełnie nowe wirusy, które wymykają się wszelkiej odporności – czy ze szczepionek, czy także naturalnej – po prostu mielibyśmy nową epidemię. Dotychczasowe mutacje powodują przyrost zakażeń np. w Wielkiej Brytanii, a jest tam dużo więcej zaszczepionych. W Polsce nie ma przyrostu, pomimo że są obecne te wszystkie epidemiczne mutacje. Ale jest też odporność, która działa. Może być małe ognisko, ale nie rozchodzi się epidemicznie. Wobec sytuacji, którą mamy w Polsce, robienie tak ogromnej presji na to, żeby się wszyscy szczepili, nie znajduje uzasadnienia. Pojawiają się zatem wątpliwości, że są to działania mające na celu nie tylko uniknięcie zakażeń, rozwoju epidemii, bo to już nam daje naturalnie nabyta odporność zbiorowa.

Ale pojawia się już narracja o czwartej fali jesienią. Czy to zapowiada powtórkę z tych wszystkich obostrzeń?

Te wszystkie warianty i mutacje wirusa są już obecne w Polsce. Jak widzimy, nie roznoszą się już epidemicznie, co świadczy o odporności. Sezonowość odgrywa pewną rolę. Model pokazuje, jaka ona jest. Sezonowość jesienna jest raczej słabsza od wiosennej. Skoro odporność, którą nabyliśmy, wystarczyła, żeby zahamować falę zakażeń na wiosnę, to na jesieni powinna tak samo nie dopuścić do powstania tej fali, szczególnie że dodatkowo będziemy mieli więcej osób zaszczepionych. Może się jednak okazać, że będzie jakiś przyrost zakażeń, przeziębień itd. Jak ten pretekst wykorzystają rządzący, nie wiem, ale znaczącego rozwoju epidemicznego już nie przewiduję.

rozmawiał Rafał Pazio