Veritatis splendor! Co naprawdę wydarzyło się w Jedwabnem?

Jedwabne. Historia Prawdziwa
Jedwabne. Historia Prawdziwa
80 lat pedagogiki wstydu. Lata badań i gromadzenia dokumentów, z których znaczna część ujrzy światło dziennie po raz pierwszy. Ponad dwa lata intensywnej pracy. Dwa tomy, które łącznie mają ok. 2 tys. stron. Nadchodzi publikacja, która jako pierwsza omówi kompleksowo, na podstawie całości dostępnych dokumentów, zbrodnię, jakiej Niemcy dokonali w Jedwabnem, mordując kilkuset Żydów.

W książce  „Jedwabne. Historia prawdziwa” chodzi właśnie o prawdę, która – z czasem – powinna dać wyzwolenie od brzemienia fałszywych oskarżeń wobec Polaków, których komunistyczne władze zaraz po wojnie uznały za winnych zbrodni.

Te oskarżenia, rzucane przez dziesięciolecia, z wielką siłą, wzmocnione przez takich oszczerców jak Jan Tomasz Gross, uderzały w polskie interesy pod rewizjonistycznym hasłem „Polaków – morderców Żydów”.

Temu kłamstwu nie przeciwstawiły się skutecznie władze państwowe i kościelne, które zaakceptowały, że Jedwabne „obciąża polskie sumienie”. A jak wiadomo, wyznanie winny to ledwie wstępny warunek, aby uzyskać „rozgrzeszenie”. Kolejnym jest postanowienie poprawy i zadośćuczynienie – o którym mówi się, w szerszym kontekście, niemal nieustannie i coraz głośniej…

Mamy świadomość, że otwartych blizn, po 80 latach (samo)biczowania Polaków zbrodnią, której nie popełnili, nie zaleczy jedna, nawet najbardziej pokaźna publikacja. Nie można więc na niej poprzestać! Wydanie książki, której krótki fragment publikujemy poniżej, to jednak ważny, bo tak naprawdę pierwszy krok na drodze zerwania z pedagogiką wstydu.

10 lipca 2001 roku ówczesny prezydent Polski Aleksander Kwaśniewski przepraszał Żydów w Jedwabnem „w  imieniu swoim i tych Polaków, których sumienie jest poruszone tamtą zbrodnią”, bo „nie można być dumnym z wielkości polskiej historii, nie odczuwając jednocześnie bólu i wstydu z powodu zła, które Polacy wyrządzili innym”. Czy po 28 czerwca 2021 roku, gdy z drukarni wyjedzie książka „Jedwabne. Historia prawdziwa”, Polacy usłyszą „przepraszam” z ust kogokolwiek z tych, którzy złośliwie i podle wystawiali na szwank polską reputację, robiąc – jak ocenił Tomasz Sommer – „dzikich  morderców z tych ludzi, którzy żadnej winy na swoim sumieniu nigdy nie mieli”? Czy dojdzie do ekshumacji, która jednoznacznie powinna obalić fałszywe tezy Grossa i jemu podobnych oraz ostatecznie potwierdzić ustalenia autorów omawianej książki? Musimy o to z całych sił zabiegać!

Z KSIĄŻKI „JEDWABNE. HISTORIA PRAWDZIWA”

Błędy interpretacyjne i metodologiczne w dotychczasowych rekonstrukcjach przebiegu zbrodni

10 lipca 1941 r. w Jedwabnem przybyli z zewnątrz Niemcy dokonali masakry miejscowej ludności żydowskiej. Zbrodnia ta rozwijała się w kilku etapach i nikt z miejscowych, oprócz przybyłych Niemców nie miał pojęcia, jaką straszną kulminacją proces ten miał się zakończyć. Okupanci rozkazali Żydom zebrać się na rynku i w innych punktach zbornych, a jednocześnie przykazali miejscowym katolikom (a więc osobom głównie kojarzonym z polskością), aby uczestniczyli w doprowadzaniu i wyłapywaniu tych spośród ludności mojżeszowej, którzy nie stawili się na rozkaz. Po wykonaniu tego zlecenia przykazano katolikom pilnować zgromadzonych ludzi. Następnie Niemcy wymordowali Żydów, najpewniej w dwóch grupach. Poniższa rekonstrukcja przebiegu zbrodni w Jedwabnem powstała na podstawie 299 dokumentów, w większości relacji jej świadków, jakie znajdują się w II tomie naszej monografii oraz szczegółowej analizy mechaniki zdarzenia społecznego, jakim była zbrodnia w Jedwabnem. Jesteśmy pierwszymi badaczami, nie licząc prok. Ignatiewa, którzy na podstawie kompletu dostępnych materiałów i ich szczegółowej analizy mogli zrekonstruować jej najbardziej prawdopodobny przebieg. Nasze wnioski radykalnie odbiegają od tez śledczych przedstawionych przez prok. Ignatiewa na podstawie tego samego materiału w postaci uzasadnienia do postanowienia o umorzeniu śledztwa jego autorstwa. Dlaczego tak jest – wyjaśniamy szczegółowo w rozdziale wprowadzającym. Powtórzmy jednak najważniejsze znajdujące się tam tezy:

  • prok. Ignatiew przypisał winę lokalnym mieszkańcom – katolikom, czyli Polakom, bo taką winę przypisali im wcześniej jego przełożeni, zarówno pośredni, jak prezydent RP Aleksander Kwaśniewski i premier RP Jerzy Buzek, jak i bezpośredni, czyli minister sprawiedliwości będący jednocześnie prokuratorem generalnym Lech Kaczyński oraz szef Instytutu Pamięci Narodowej Leon Kieres;
  • prok. Ignatiew, aby przypisać sprawstwo zbrodni Polakom, uznał za prawdziwą relację Szmula Wasersztejna, będącą podstawą narracji książki Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi”, mimo iż miał świadomość, że ta relacja jest fałszywa;
  • prok. Ignatiew, idąc śladem Grossa, uznał za prawdziwe samooskarżenia, które zostały wymuszone torturami, przedstawione na etapie śledztwa prowadzonego przez UB w 1949 r., choć tego typu samooskarżenia nie mogą być brane pod uwagę jako opisy zaistniałych faktów, gdyż śledczy z UB potrafili przy pomocy tortur wymusić niemal z każdego dowolne zeznanie pod dowolną tezę;
  • prok. Ignatiew pominął w swojej analizie fakt, iż oskarżanie Polaków o zbrodnię w Jedwabnem jest w istocie zbudowane na fałszywych bądź wyolbrzymionych relacjach żydowskich, popartych przez wymuszone torturami zeznania, których szczegółowość oraz oskarżanie w nich Polaków rośnie z czasem;
  • prok. Ignatiew zignorował fakt wzajemnego powiązania zeznań żydowskich świadków, bardzo mocno sugerujący, że po pierwsze – pochodzą z jednego źródła, po drugie – że większość zawartych w nich opisów to wymysły, domysły i interpretacje, a nie fakty;
  • prok. Ignatiew zignorował zeznania bardzo licznych świadków, w tym świadków bezpośrednich, których relacje wprost zaprzeczały jego tezie – mimo że w wielu przypadkach sam je pozyskał;
  • prok. Ignatiew nie przeanalizował modelu zdarzenia społecznego, jakim była zbrodnia w Jedwabnem, pod względem ról, jakie przyszło odegrać jego uczestnikom, nie porównał takiego modelu z innymi podobnymi zdarzeniami faktycznymi, zamiast tego skupił się na propagandowym moralizowaniu i wyciąganiu wniosków, które z punktu widzenia mechaniki zbrodni w Jedwabnem nie miały istotnego znaczenia (jak np. przedwojenne stosunki polsko-żydowskie w Jedwabnem).

Efektem takich decyzji interpretacyjnych jest przedstawienie konkluzji śledczej, która nie może być prawdziwa. Nie może być bowiem prawdziwą wersja zdarzeń, która oparta jest na sfałszowanej relacji, popartej wymuszonymi przy pomocy tortur samooskarżeniami, przy formułowaniu której pominięto większość relacji świadków bezpośrednich jej przeczących.

Autorzy niniejszej monografii byli w o niebo lepszej pozycji badawczej niż prok. Ignatiew. Nie znajdują się w żadnej sytuacji administracyjnej zależności, która powoduje na nich nacisk jakiejkolwiek sformułowanej przez polityczny autorytet presupozycji. Dysponują natomiast kompletem istniejących materiałów dotyczących Jedwabnego oraz obszernym doświadczeniem przy analizie i opisie działania systemów totalitarnych, w tym analizie i opisie najdrastyczniejszych nawet metod działania stosowanych przez ich funkcjonariuszy.

W tomie II szczegółowo, teza po tezie, odnosimy się do rozumowania zapisanego przez prok. Ignatiewa w jego oskarżeniu Polaków ujętym w formę uzasadnienia do decyzji o umorzeniu śledztwa. Ta szczegółowa krytyka doprowadziła nas do  konkluzji badawczej. Jej materialnym umocowaniem są przedstawione w całości w tomie II relacje, zeznania i inne dokumenty dotyczące zbrodni w Jedwabnem oraz analiza przebiegu śledztwa, w tym w szczególności analiza wyników niedokończonej, z przyczyn polityczno-religijnych, ekshumacji oraz błędnej, w naszym przekonaniu, konkluzji badań balistycznych.

Nasza analiza, jak każda analiza naukowa, oparta na ciągle otwartym zasobie dowodów, nie jest oczywiście ostateczna. Poniżej wskazujemy, gdzie można uzupełnić jeszcze zasób wiedzy dotyczący zbrodni w Jedwabnem, co – w przypadku np. dokończenia ekshumacji – może doprowadzić do uściśleń, a nawet nowych konkluzji.

Kompletność materiału dowodowego

Istniejące dowody archeologiczne oraz zeznania i relacje zebrane w II tomie niniejszej publikacji pozwalają na wyciągnięcie wniosków dotyczących przebiegu zdarzeń, do jakich doszło w Jedwabnem 10 lipca 1941 roku. Wnioski te obarczone są oczywiście prawdopodobieństwem błędu proporcjonalnym do niekompletności materiału dowodowego, a jego kompletność – jak wynika z wcześniejszych analiz – jest wątpliwa.

Warto w tym miejscu podkreślić ponownie, że z całą pewnością można tę wadę materiału dowodowego usunąć na poziomie dowodów archeologicznych, których analiza, dokonana poprzez całkowitą ekshumację przeprowadzoną na miejscu zbrodni w Jedwabnem, pozwoli w przyszłości ostatecznie i precyzyjnie ustalić, ile osób padło jej ofiarą oraz w jaki sposób osoby te tak naprawdę zginęły. W tym zakresie zestaw dowodów trzeba uznać za ciągle otwarty. Szczegółowe rozważania na ten temat znajdują się zwłaszcza w rozdziale poświęconym znalezionym na miejscu zbrodni łuskom, których wyniki przedstawione przez prok. Ignatiewa nie zasługują na poważne traktowanie.

Jednocześnie zapewne nie da się już pozyskać istotnych nowych zeznań czy relacji dotyczących zdarzenia – zdecydowana większość jego świadków już bowiem nie żyje. Trzeba zresztą zauważyć, że zeznań i relacji zebrano tak dużo – w stosunku do potencjalnej liczby osób, które mogły być uczestnikami albo obserwatorami zdarzenia – iż prawdopodobnie zebrano prawie kompletny opis tego, co mogło być przez nich zauważone. Jeśli założymy bowiem, że w tym okresie w miasteczku żyło ok. 2500 osób, z czego jedną trzecią stanowili żydowscy mieszkańcy, którzy z wyjątkiem czterech osób – Szmula Wasersztejna, Awigdora Nieławickiego-Kochawa, Jacka Jana Kubrzyńskiego-Kubrana i Józefa Grądowskiego – nie przeżyli niemieckiej okupacji bądź z jakichś innych powodów nie złożyli zeznań, to mieliśmy potencjalnie, odliczając dzieci, osoby nieobecne, chore itp., ok. tysiąca świadków, którzy mogli obserwować zachodzące zdarzenia. Zeznania złożyło ok. 150 spośród nich, co stanowi odsetek wystarczający do wyciągania na podstawie ich relacji wysoce prawdopodobnych uogólnień. W każdym razie w tym zakresie zbiór dowodów można uznać za kompletny.

Pozostaje trzecia grupa dowodów: dokumenty niemieckie. Wydaje się, że możliwości pozyskania nowych dokumentów tego typu, odnoszących się do zbrodni w Jedwabnem, ciągle istnieją. Chodzi tu zarówno o opis przebiegu działań jednostek niemieckich w okolicach Łomży w pierwszej połowie lipca 1941 r., jak i o materiały fotograficzne, względnie filmowe sporządzone w Jedwabnem 10 lipca 1941 r., o których (zarówno na etapie ich sporządzania, jak i na etapie ich prezentacji) wspominają liczni świadkowie. To, że takich materiałów nie odnaleziono, nie oznacza, że ich nie ma. Niektóre relacje o nich wydają się bardzo prawdopodobne – zwłaszcza historia opowiedziana przez dziennikarza, który, jak zeznał, widział nawet gotowy film poświęcony masakrze w Jedwabnem.

Nie można też wykluczyć istnienia materiałów, które podlegają utajnieniu bądź jakiejś innej formie, prawnej albo pozaprawnej, specjalnej ochrony – przypadek postsowiecki pokazuje, że reżimy totalitarne dość skrupulatnie opisywały swoje najbardziej nawet zbrodnicze działania, po czym równie skrupulatnie je ukrywały. Wiedza ta jednak stopniowo, w wyniku rozmaitych przełomów, trafiała do historyków, a za ich pośrednictwem do opinii publicznej. Warto w tym miejscu ponownie zauważyć, że kwerendy, jakie w związku ze śledztwem jedwabieńskim przeprowadzili w Niemczech pracownicy IPN, wydają się szczątkowe i niewystarczające, a przesłuchanie najbardziej prawdopodobnego sprawcy zbrodni, Hermana Schapera, było po prostu straconą bezpowrotnie – z uwagi na jego śmierć – okazją. W tym zakresie więc możliwości dowodowe zdają się nadal otwarte.

Co mówią nam o zbrodni w Jedwabnem dowody archeologiczne

Dzięki próbie ekshumacji dokonanej przez prof. Andrzeja Kolę od marca do lipca 2001 r. – co relacjonujemy szczegółowo w rozdziale opisującym jej przebieg – udało się ustalić cały szereg faktów porządkujących obraz przebiegu zdarzeń. Zasadniczym faktem jest ograniczenie liczby ofiar do grupy liczącej poniżej 400 osób, przy czym grupa ta mogła być równie dobrze znacznie – o jedną trzecią nawet – mniejsza. Co najmniej czterokrotne zmniejszenie liczby ofiar powoduje, że i sprawców musiało być proporcjonalnie mniej. Przypomnijmy, że wersja z procesów jedwabieńskich oscylowała od 800 do 1600 ofiar i ta ostatnia liczba została uznana za prawdziwą przez Jana Tomasza Grossa. Obniżenie jej do maksymalnie 400 powoduje zmniejszenie liczby „sprawców” co najmniej od dwóch do czterech razy. Jeśli jednak ofiar było np. ok. dwustu, co także jest możliwe, to sprawców mogło być aż osiem razy mniej niż przy grupie 1600 ofiar. Mniej osób w tej sytuacji było także zaangażowanych w selekcję mieszkańców przeprowadzaną pod niemieckim przymusem. Obecne na miejscu siły niemieckie też mogły być stosunkowo nieliczne.

Szacunki liczby osób potrzebnych do egzekucji ok. 400 osób, w sposób jaki miało to miejsce w Jedwabnem, są oczywiście tylko spekulacją. Jednak można pokusić się o oszacowanie, jaka była potrzebna minimalna liczba osób do przeprowadzenia takiego działania.

W pierwszym etapie zbiórki Żydów na rynku w Jedwabnem wykorzystano wezwanie do dobrowolnego zgromadzenia się w celu wykonania określonej pracy – pielenia trawy. Można założyć, że zdecydowana większość społeczności żydowskiej posłuchała tego wezwania. Pozostałych w swych domach Żydów niemieccy sprawcy wyciągali z domów przy pomocy polskich mieszkańców. Ponieważ tych wyciągniętych z domów Żydów było zapewne ok. 100 i w dodatku wyciągano ich grupowo, rodzinami, prawdopodobne się staje, że liczba przymusowych denuncjatorów była niewielka – może chodzić o kilka, kilkanaście osób. Ponieważ relacje świadków mówią, że w patrolach szukających Żydów brali udział niemieccy żołnierze względnie żandarmi, można założyć, że w akcji poszukiwawczej uczestniczyło ich mniej więcej tyle samo co lokalnych denuncjatorów. Dodatkowo relacje wspominają o nielicznych niemieckich strażnikach pilnujących zgromadzonych Żydów, co zwiększa nieco ich możliwą liczbę o ok. 5-10 osób. W sumie daje to minimalną liczbę ok. 20-25 Niemców z różnych formacji oraz kilkunastu lokalnych mieszkańców uczestniczących w poszukiwaniu, spędzaniu i pilnowaniu Żydów. Liczba wykonawców zbrodni zamyka się więc w liczbie ustalonej przez prok. Ignatiewa, który zdecydował arbitralnie, że mogło być ich właśnie co najmniej 40. Tyle że prok. Ignatiew ustalił, nie biorąc pod uwagę głosu większości relacji, że nie było wśród nich Niemców.

Czy liczba 40 wykonawców to właściwy szacunek? Biorąc pod uwagę liczbę ofiar i sposób ich egzekucji, mielibyśmy w tej sytuacji jednego wykonawcę na dziesięć ofiar. Widać wyraźnie, że wykonawców mogło być znacznie mniej. Mniejszą liczbę wykonawców uprawdopodabnia hipoteza o podzieleniu ofiar na dwie grupy – czego, jak się domyślają badacze, dokonano z obawy przed buntem młodych żydowskich mężczyzn, których prewencyjnie oddzielono od reszty zatrzymanych i stracono wcześniej. Odpowiedzi na pytanie, jak tego dokonano i czy w ogóle, ciągle nie znamy, choć spoczywa ona pół metra pod ziemią pod pomnikiem w Jedwabnem i w przyszłości łatwo będzie po nią sięgnąć. W każdym bądź razie przeprowadzenie egzekucji w dwóch turach jeszcze bardziej zmniejsza liczbę potrzebnych do jej przeprowadzenia „sprawców” – gdyż musieli oni eskortować mniejsze grupy ofiar.

Jak wspomniano, brak świadków zamordowania pierwszej grupy Żydów może wskazywać, że albo ono nie zaistniało, albo że dokonali go Niemcy bez jakiegokolwiek udziału lokalnej ludności. Tajemnicą jest też, jak tych mężczyzn zabito. Relacje Szmula Wasersztejna mówiące o tym, że sami zadźgali się po kolei nożem, można zweryfikować tylko archeologicznie, brzmi ona jednak mało prawdopodobnie. Dowód archeologiczny w postaci łuski pod fragmentem popiersia Lenina leżącym na ich kościach, zinterpretowany przez prok. Ignatiewa jako zanieczyszczenie stanowiska archeologicznego, może sugerować, że zamordowano ich przy użyciu broni palnej – co byłoby wyjaśnieniem najbardziej oczywistym. Weryfikacja tej tezy jest nie tylko możliwa, ale i łatwa do przeprowadzenia.

Ujawnione dowody archeologiczne wskazują – wbrew wcześniej formułowanym oskarżeniom – że ofiary nie zostały obrabowane albo rabunek dotyczył tylko nieznacznej części z nich. To dodatkowa poszlaka wskazująca na względnie małą liczbę sprawców zbrodni, którzy po jej dokonaniu szybko opuścili miejsce zdarzenia.

Badania archeologiczne nie zostały przeprowadzone na cmentarzu żydowskim, gdzie według Wasersztejna zakopano głowę Lenina oraz kilkudziesięciu mężczyzn, którzy, jak wynika z jego opisu, sami się kolejno zamordowali na rozkaz Polaków. Wprawdzie, jak wskazaliśmy wyżej, głowa ta i dodatkowy grób zawierający szczątki kilkudziesięciu osób znaleziono w stodole, ale tylko badanie archeologiczne terenu cmentarza może ostatecznie sfalsyfikować twierdzenie Wasersztejna…

Jedwabne. Ocena wiarygodności i użyteczności relacji

Komplet relacji i zeznań dotyczących Jedwabnego znajduje się w tomie II niniejszej publikacji. To prawdopodobnie wszystkie albo prawie wszystkie relacje, jakie w związku z Jedwabnem zebrano, można więc uznać – powtórzmy – że jest to materiał w zasadzie zamknięty. Prok. Ignatiew zbierał je na trzy sposoby: po pierwsze – poprzez wyszukiwanie nowych świadków, po drugie – poprzez odbieranie i weryfikację zeznań od osób, które już wcześniej je w jakiejś formie złożyły, po trzecie wreszcie – poprzez zgrupowanie i kolejną analizę zeznań pochodzących od osób, których z powodu ich śmierci nie można było już przesłuchać, a które uczestniczyły w poprzednich postępowaniach śledczych i sądowych. Można śmiało twierdzić, że dotarł niemal do kompletu możliwych do zebrania zeznań, choć zastanawia pominięcie w jego analizie części znajdujących się w aktach zeznań oraz przeoczenie ważnego świadka, jakim jest Hieronima Wilczewska.

Analizując te relacje, trzeba pamiętać, że zbierane one były z różnych powodów. Zeznania do procesów stalinowskich zbierane były w celu udowodnienia winy oskarżonym, pytano się więc ich nie o przebieg zdarzenia, a o to, czy przyznają się do udziału w zbrodni, przez co większość istotnych szczegółów przebiegu zbrodni po prostu pominięto.

Zeznania z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku nakierowane były z kolei na ustalenie niemieckich sprawców zbrodni i zbierane w celu dokonania próby ich identyfikacji, co z omawianych wcześniej powodów (sprawcy w Jedwabnem pojawili się tylko raz na kilka godzin, więc trudno było ich zapamiętać) było zadaniem trudnym, o ile nie beznadziejnym.

Z kolei zeznania prowadzone bądź zlecone przez prok. Ignatiewa były prowadzone najbardziej wielostronnie, nic więc dziwnego, że dopiero w ich trakcie zaczęły wypływać pewne szczegóły zbrodni, które wcześniej nie zostały ujawnione, bo nikt relacjodawców o nie po prostu wcześniej nie zapytał. Schemat pytań zadawanych przez prok. Ignatiewa ujawnia jednocześnie ich silną zależność od książki Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi” – stąd obsesyjne pytania kierowane do wszystkich przesłuchiwanych o to, czy na rynku było dużo furmanek (w domyśle: którymi mieli przyjechać uczestnicy „pogromu”), o to, czy Polacy mieli coś w rękach (by móc tym czymś katować Żydów), o to, czy rzeczywiście ich katowali. Te pytania wynikały z drążącej prok. Ignatiewa tendencji do potwierdzenia relacji Szmula Wasersztejna i Awigdora Kochawa, które są, w świetle ich szczegółowej analizy, zeznaniami wątpliwymi.

W pierwszej relacji – Wasersztejna – znajdują się zdarzenia, które na pewno nie zaistniały. W drugim z kolei przypadku zeznania pierwotne tak mocno różnią się od kolejnych, że pojawia się pytanie o to, czy ich autor w pewnym momencie nie zaczął przypisywać sobie udziału w zdarzeniach, o których tylko słyszał… (…)

Źródła hipotezy o „zbrodni polskich sąsiadów na żydowskich sąsiadach”

Naukowa analiza istniejących relacji dotyczących przebiegu zbrodni w Jedwabnem wskazuje (…), że część z nich można uznać za nieprawdziwe. Tymczasem dokładnie na nich, powtórzmy raz jeszcze, oparł swoją głośną hipotezę o „zbrodni polskich sąsiadów na żydowskich sąsiadach” zawartą w książce „Sąsiedzi” Jan Tomasz Gross. Początkowo zresztą uznawał on zeznania Wasersztejna za niewiarygodne: „Przez parę lat byłem przekonany, że Wasersztajnowi coś się musiało pokręcić” – pisał po latach. W końcu jednak Gross w relację Wasersztejna uwierzył. W dodatku, dzięki Andrzejowi Paczkowskiemu i Witoldowi Kuleszy, który później nadzorował śledztwo w sprawie Jedwabnego i był współautorem decyzji o przerwaniu ekshumacji w Jedwabnem, dotarł do akt śledztwa i procesu łomżyńskiego z 1949 r. Pod wpływem lektury tych akt Grossowi, jak sam pisze, „ciarki przeszły po plecach”, bo „znajduje potwierdzenie”. Problem polega na tym, że Gross znalazł „potwierdzenie” relacji Wasersztejna w zeznaniach, które zostały wymuszone właśnie na ich podstawie – czyli popełnił klasyczny błąd circulus in definiendo typu idem per idem, którego, gdyby dokonał dokładnej i uczciwej analizy zeznań i relacji, mógłby, nawet przy ówczesnym stanie wiedzy, uniknąć.

Swoje analizy obciążone błędem błędnego koła ciągnął dalej, starannie unikając bądź dezawuując relacje, które są sprzeczne z jego własną hipotezą o „zbrodni polskich sąsiadów na żydowskich sąsiadach”, wyszukując kolejne wątpliwe źródła, takie jak (omawiane w książce – dop. Red.) relacje Awigdora Kochawa vel Wiktora Nieławickiego. Zresztą z lektury cytowanego w publikacji wywiadu-rzeki wynika, że Gross ciągle, wbrew przekonującym dowodom, wierzy, że w Jedwabnem zginęło 1600 Żydów… Zapewne wobec tak dużej odporności na fakty autor ten już na zawsze pozostanie święcie przekonany do swojej tezy.

Niestety w gruncie rzeczy te same błędy typu idem per idem popełnił w swojej analizie dowodów prok. Ignatiew…