
Pani Agata z Łodzi przyszła do banku PKO BP w kwietniu. Ma problemy ze zdrowiem, więc nie założyła maseczki. Z tego powodu bank miał wypowiedzieć jej umowę prowadzenia kont. Historię opisuje „Gazeta Wyborcza”.
Łodzianka dostała ofertę kredytu i w tej sprawie pojawiła się w banku. Jako że wszyscy pracownicy byli akurat zajęci, panią Agatę przyjęła dyrektorka oddziału. Po kilkunastu minutach zwróciła uwagę kobiecie, że ta nie ma maseczki.
Kobieta wytłumaczyła, że nie może nosić maski i przedstawiła nawet stosowne zaświadczenie lekarskie. Łodzianka umówiła się na kolejną wizytę, zaznaczając, że będzie chciała wypłacić z banku 50 tys. złotych.
Gdy jednak przyszła do banku, na miejsce wezwano policję. Kobiecie odmówiono obsłużenia i nie pozwolono wybrać pieniędzy.
Kobieta nie przyjęła mandatu i złożyła reklamację w banku oraz skargę do Polskiej Izby Handlu, Miejskiego Rzecznika Konsumentów w Łodzi i do Wojewódzkiego Inspektoratu Inspekcji Handlowej w Łodzi.
W maju kobieta dostała listy informujące o zamknięciu trzech kont (w tym jej nieletniego syna). Powodem miało być złamanie „umowy rachunku w sposób sprzeczny z naturą tej umowy i społeczno-gospodarczym jej przeznaczeniem, w tym wykorzystywanie rachunku do przeprowadzania rozliczeń związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej lub zarobkowej”.
Łodzianka chciała wyjaśnić tę sprawę, ale to oddziału znów nie chciano jej wpuścić bez maski.
Następnie kobieta pojechała na komendę policji – tam honorowano jej zaświadczenie lekarskie.
Pani Agata chciała też zgłosić zawiadomienie o przywłaszczeniu mienia przez bank, bo nie mogła wypłacić pieniędzy. Sprawę przywłaszczenia ostatecznie umorzono.
W rozmowie z infolinią kobiecie powiedziano ponoć, że jej kłopoty wynikają z braku maseczki, choć bank podał inny powód zerwania umowy.
Źródło: „Gazeta Wyborcza”