Tadeusz Korona. Skazany przez swoich

Wołyń.
Miejsce nieistniejącej już polskiej wsi na Wołyniu na Ukrainie. (Fot. PAP)
Jedwabne. Rekonstrukcja mordu - WYSYŁKA OD RĘKI!
Jedwabne. Rekonstrukcja mordu - WYSYŁKA OD RĘKI!
Tadeusz Korona ps. „Halicz”, ps. „Groński” – w opinii Wincentego Romanowskiego – w jednej osobie jest patriotą, watażką i bohaterem. Chciał za wszelką cenę bronić mordowanych mieszkańców Wołynia. Uważał, że zbrodniarzy może powstrzymać tylko krwawy odwet. W swoim oddziale miał żołnierzy, którym banderowcy zamordowali najbliższych, którzy uważali, że Ukraińcy rozumieją tylko język siły. Gdy więc ci zaczęli mordować tych, za których bezpieczeństwo odpowiadał, postanowił wziąć odwet na wsiach ukraińskich pokazując, że nie żartuje! Złamał tym jednak rozkaz Komendanta Okręgu Kazimierza Bąbińskiego „Lubonia”. Spotęgował tym jeszcze konflikt między Babińskim a Delegatem Rządu na Wołyń, Kazimierzem Banachem. Za samowolę został skazany na karę śmierci.

Major „Kowal” wyroku jednak nie zatwierdził i nie pozwolił wykonać. Przeniósł go tylko do innego oddziału, dając szansę rehabilitacji. W czasie dalszych walk Tadeusz Korona udowodnił, że jest dobrym żołnierzem. Dalej walczył z bandami UPA, ale zginął od niemieckiej kuli. Pod wsią Rakowiec dostał serię w brzuch, prowadząc odważnie swój pluton przez zaśnieżone pole.

O podchorążym Tadeuszu Koronie „Haliczu” wiadomo niewiele. Pochodził z Kowla. Jego rodzina przed wojną była związana z PPS-em. Jego brata Aleksandra w 1940 r. aresztowało NKWD i ślad po nim zaginął. „Halicz” przed wojną ukończył Technikum Drogowe i jako maturzysta zaliczył podchorążówkę. Było więc naturalne, że zaangażował się w konspirację. Stworzył 25-osobowy oddział stanowiący stałą załogę placówki AK w Powursku. Placówka ta utrzymywała kontakt z Maniewiczami, jak pisze Wincenty Romanowski: „z oddziałami partyzanckimi Józefa Sobiesiaka, Stanisława Bugulaka i Jerzego Golikowa”.

Gdy presja OUN-UPA na placówkę w Powursku wzrosła, grupa Tadeusza Korony 21 czerwca 1943 r. odeszła do Zasmyk. „Kowal” początkowo wysłał go do rejonu Kamienia Koszyrskiego, by stworzyć tam bazę samoobrony dla ludności polskiej. Korona rozkazu, mimo swojej odwagi, nie mógł wykonać. Jak podaje autor „Pożogi” Józef Turowski, w rejonie „Kamienia Koszyrskiego nasilenia działań UPA oraz ucieczka ludności polskiej nie pozwoliły na zorganizowanie samoobrony ani oddziału partyzanckiego”. Grupa Tadeusza Korony, licząca trzydziestu ludzi, wróciła do Zasmyk.

Różyn kością niezgody

Tam, ze swoimi ludźmi, Tadeusz Korona, pod pseudonimem „Groński”, wziął udział w pierwszej walce oddziału „Jastrzębia”, a także „Sokoła”. Nacierając na prawym skrzydle, brawurowo rozproszył ochronę taborów i woźniców, zdobywając wozy z amunicją i różnorakim zaopatrzeniem.

Kilka dni po tym boju oddział podchorążego „Grońskiego” został skierowany przez „Kowala” do Różyna z zadaniem zorganizowania tam samoobrony i kontroli nad terenem wyznaczonym na teren zrzutów lotniczych dla Okręgu Wołyń. Wcześniej tego zadania nie zdołał wykonać por. Kądzielawa „Kania”. Tamtejsza ludność cywilna nie zgadzała się na tworzenie w nim oddziału Armii Krajowej. Kazimierz Banach chciał zachować Różyn pod swoją kontrolą, czyli pod kontrolą Delegatury Rządu na Kraj. Być może naiwnie liczył, że uda mu się w tej miejscowości stworzyć jakieś centrum działające na rzecz pojednania polsko-ukraińskiego. Nie jest wykluczone, że łudził się, że mimo wszystko jest to jeszcze możliwe. Miał tu jeszcze z okresu przedwojennego swoich znajomych i przyjaciół. Fala mordów do Różyna jeszcze wtedy nie dotarła. Pierwsze z nich wydarzyły się 27 sierpnia 1943 r. Jak wspomina Tadeusz Kotarski: „na oczach mieszkańców kolonii i wsi Różyn porwano podstępnie ośmiu młodych Polaków. (…) Bezbronnych mieszkańców (…) ujęto i powiązano drutem kolczastym. Młoda, wzorowa nauczycielka dwóch narodów Aleksandra Magier błagała oprawców o litość nad bezprawnie pojmanymi i na jej oczach katowanymi, lecz została brutalnie odpędzona od jednej z wielu furmanek i zepchnięta uderzeniami kolb karabinów do przydrożnego rowu, mimo jej zaawansowanego i widocznego stanu odmiennego”.

Tadeusz Korona swoje zadanie wykonał, zajmując szkołę i ustanawiając tam swój garnizon. Na maszcie przed szkołą kazał powiesić biało-czerwoną flagę. Przejął też pod swoje rozkazy wszystkich członków KPB, czyli państwowego Korpusu Bezpieczeństwa z Różyna, który miał stanowić siłę zbrojną Delegatury. Oddział ten nie przedstawiał wielkiego potencjału. Wraz z nim Korona przejął jedyny erkaem, jaki Delegatura posiadała na swoim stanie.  Mimo że stojący na czele Delegatury Kazimierz Banach dał niewiele, to godząc się na obecność oddziału AK w Różynie, przekazał na piśmie „Wieśniakowi”, czyli „Sokołowi” Michałowi Fijałce – zastępcy „Kowala” – „Instrukcję w sprawie postawy oddziału partyzanckiego na naszym terenie”. Jak pisał później podkreślał w niej mocno, że nie wolno prowadzić Polakom żadnej akcji zaczepnej wobec Ukraińców, że nie wolno im stosować odpowiedzialności zbiorowej, że nie wolno u Ukraińców bezpłatnie rekwirować, a szczególnie w „żadnym wypadku nie należy stworzyć przekonania, jakoby pojawienie się naszych oddziałów partyzanckich było początkiem wojny polsko-ukraińskiej.” Tego typu enuncjacje musiały budzić wściekłość.

Oderwany od rzeczywistości

Świadczyły one, że Kazimierz Banach jest całkowicie oderwany od realnej wołyńskiej rzeczywistości, że nigdy nie był we wsi, w której banderowcy dokonali bestialskiego pogromu, że wciąż nie zdawał sobie sprawy, że Ukraińcy działają według określonego planu  przewidującego wymordowanie bądź wypędzenie ludności polskiej z Wołynia. Żadne rozmowy czy pertraktacje tego zmienić nie mogły. Byłą wyraźna kwestia – kto kogo? Albo Polacy się obronią, albo zostaną zniszczeni przez Ukraińców. Innej alternatywy nie było. W tym kontekście trzeba widzieć spalenie przez oddział „Grońskiego” dwóch sąsiednich wsi ukraińskich – Kleczkowicz i Turowicz – których mieszkańcy wspierali ukraińskie oddziały UPA. Banach, gdy się o tym dowiedział, wpadł we wściekłość i napisał oficjalny list do „Obywatela Zrąba Komendanta Okręgu Hreczki”, czyli płk. Kazimierza „Lubonia”, Komendanta Okręgu AK „Wołyń”, w którym odsądził go od czci i wiary, oskarżając go o całkowitą niekompetencję i kompromitowanie Polski Podziemnej. Pisał w nim m.in.: „Mimo wielokrotnych naszych interwencji u Zagończyka i Klona oddział partyzancki w Różynie, rozpijając się do nieprzytomności, kontynuował bez przerwy swą niewłaściwą działalność wobec ludności ukraińskiej, nie przestrzegając przy tym żadnych zasad konspiracji. Skutek, jak wiecie, fatalny. Przyjechali Niemcy i cały oddział bez walki zabrali do więzienia w J.I.m.”

„Luboń” się wściekł i oddał Koronę pod sąd polowy. Ten skazał go na karę śmierci. Wyroku nie wykonano, bo Korona przebywał w areszcie. Ponadto „Kowal”, lepiej znający niuanse sprawy, wyroku nie zatwierdził, dając Koronie szansę rehabilitacji. Niemcy wzięli do niewoli jego oddział nie dlatego, że cały leżał pijany. Niemcy najzwyczajniej otoczyli, 19 września 1943 r. szkołę, w której oddział kwaterował. Szczelny pierścień niemieckich żołnierzy wspierany był przez trzy samochody pancerne. Podejmowanie walki nie dawało żadnej szansy na zwycięstwo. Ponadto narażało na spalenie przez Niemców całej wsi. Nie była to też pierwsza ich wizyta w Różynie.

Oddział nie był pijany

Zawsze jakoś udawało się żołnierzom Korony z nimi dogadać. Była więc szansa, że tak będzie i teraz. „Attar”, czyli ks. Antoni Dąbrowski, kowelski wikary, a jednocześnie jeden z dwóch zastępców Kazimierza Banacha w Delegaturze Rządu na Wołyń, w „Sprawozdaniu z bazy obronnej Różyn” pisał m.in.: „Od 12 do 60-go władze niemieckie złożyły w Różynie 3 wizyty. 1. Pierwsza wizyta odbyła się następująco: Krassner i jego przyboczni przyjechali do Różyna i spotkali tam trzech młodzieńców z bronią. Jeden z nich miał szóstkę, inni większy kaliber. Wszyscy trzej oświadczyli, że nie mają amunicji, a w dwóch większych brakowało nawet zamków i oświadczyli dalej, że broni tej używają w celu samoobrony przed bandą ukraińską i by zmusić ludność do zebrania kontyngentu. Na to »naczalstwo« oświadczyło »dobrze«. »My wam broni jeszcze doślemy«. Do szkoły nie zachodzili. Na tym skończyła się [interwencja – dop. Red.] 2. 14.IX Różyn został ostrzeżony, że nadchodzą Niemcy, mając ze sobą pancerkę. Uzbrojony nasz oddział wycofał się w porę. W szkole został tylko personel gospodarczy, w którego skład wchodzą dziewczęta i chłopcy w liczbie 20 osób. Przeprowadzono szczegółową rewizję w szkole, znajdując bardzo dużo produktów, obiad przygotowany na mniej więcej 100 osób. (…) Po szczegółowej rewizji zabrano ze sobą do Turzyska cały personel znajdujący się w szkole. W Turzysku dziewczęta wypuszczono, chłopców zaś odstawiono do więzienia Kowel. (…) Z 15-go na 16-go Niemcy urządzili formalną obławę na bazę Różyn, otaczając ją ze wszystkich stron. Prawdopodobnie nasi nie spodziewali się powtórzenia wizyty niemieckiej i dlatego zaskoczono ich. Niemcy otoczyli bazę Różyn nad ranem 16-go, zabierając wszystkich uzbrojonych mężczyzn, którzy się tam znajdowali i 12-ście kobiet, ogółem około 150 osób, odstawiając ich do więzienia Kowel”.

Ze sprawozdania tego nie wynika, ze „Groński” nie podjął walki, bo jego oddział był pijany i nie był w stanie walczyć. Walki z Niemcami starano się wówczas unikać, zwłaszcza jeżeli mieli miażdżącą przewagę i możliwość ściągnięcia posiłków. „Groński” postąpił rozsądnie, licząc, że konspiracja podejmie jakieś działania, by ich wydobyć z więzienia. Nie miał zresztą innego wyboru.

Wszyscy uszli z życiem

Niemcy najpierw przesłuchali „Grońskiego”. Gdy ten oświadczył, że oddział powstał, żeby bronić ludności polskiej przed ukraińskimi mordami, Niemcy potraktowali ich łagodnie. Wszystkich żołnierzy umieszczonych w kowelskim więzieniu także przesłuchano, by sprawdzić, czy mówi on prawdę. Było to, jak na działania Niemców, nietypowe. Z reguły wszystkich schwytanych z bronią w ręku natychmiast rozstrzeliwali. Polscy badacze uważają, że żołnierzom Korony „pomogli” sami Ukraińcy, którzy bestialsko zamordowali grupę żołnierzy niemieckich, demonstrując, do czego są zdolni. Dla Niemców był to szok. Umyte i przygotowane do pogrzebu ich ciała wystawiono na widok publiczny i plakatami „zapraszano” ludność Kowla do ich oglądania. Widok, jak relacjonują świadkowie, był straszny: „Leżeli w trumnach, ubrani w nowe mundury, z poobcinanymi nosami i uszami, bez oczu, z powyrywanymi językami. Przez uszy niektórych przeciągnięto druty kolczaste, inni mieli odcięte głowy lub połamane kości”.

Musiał ich obejrzeć także Wachtmeister Manthei z kowelskiego więzienia – jak go określa Romanowski – niemiecki zbrodniarz i sadysta (…) strzelający do ludzi bez powodu”. Był bowiem łagodny wobec aresztowanych Polaków, a znęcał się nad ujętymi Ukraińcami. Z żołnierzy Korony ostatecznie nikt nie zginął. Wszyscy zostali wykupieni za złote carskie pięciorublówki i cenione przez Niemców wyroby mięsne, głównie kiełbasę i słoninę.

Niemcy zrozumieli, że Ukraińcy, ich dotychczasowy sojusznik, zdolni są do największych bestialstw także wobec nich. Polacy, walcząc z nimi, do takich czynów nigdy się nie posuwali.

Po likwidacji polskiej placówki banderowcy zamordowali w Różynie szesnastoletnią Marię Figiel.

Według ustaleń kontrwywiadu AK, Niemców ściągnął do Różyna ukraiński sołtys Zachar Poleszuk, który ponadto stał na czele miejscowej bojówki OUN. We wrześniu 1943 r. bojówka ta zamordowała, jak podają Władysław i Ewa Siemaszkowie, Andrzeja Grzyba lat 72, a zwłoki wrzuciła do studni. Ta sama bojówka zamordowała ukraińską rodzinę Olesiuków za uprzedzenie Polaków o grożącym napadzie.

W odpowiedzi na te bestialstwa grupa egzekucyjna wysłana przez „Sokoła” i „Jastrzębia” rozstrzelała w Różynie sołtysa – donosiciela, a także jego syna Antona rozgłaszającego, że pragnie mordować Polaków.

Sam Tadeusz Korona wyszedł z kowelskiego więzienia w grudniu 1943 r. Przełożeni skierowali go do oddziału „Korda”, działającego na terenie powiatu lubomelskiego. Na czele kilkunastu ludzi wyruszył on spod Kowla pod Ostrowy, gdzie przebywał „Kord”, odważnie przechodząc przez tereny okupowane przez UPA. Jego grupa „Korda” stała się zaczątkiem III plutonu. Tadeusz Korona został jego dowódcą. Pluton ten bardzo szybko się rozrastał. Korona dowodził nim krótko. Szybko bowiem poległ w boju z Niemcami. 15 stycznia 1944 r. Niemcy zbliżyli się do Rakowca od strony Rymacz, zaskakując wystawione czujki oddziału „Korda”, które otwierając ogień do przeciwnika, zaalarmowały oddział, by jak najszybciej podrywał się do boju. Pluton Korony „Halicza” pierwszy ruszył do kontrnatarcia. Na jego plutonie Niemcy ześrodkowali swój ogień. Pluton go wytrzymał, niszcząc swymi seriami cztery niemieckie samochody. Bitwa byłą wygrana, ale Tadeusz Korona „Halicz” i trzej jego żołnierze polegli, oddając życie za polski Wołyń.

Marek A. Koprowski