Ratownicy medyczni śmieją się z Niedzielskiego. Tłumaczą „ministrowi, jako ekonomiście”, jak to działa

Trwa przeciąganie liny pomiędzy stacjami pogotowia a ministerstwem zdrowia.
Trwa przeciąganie liny pomiędzy stacjami pogotowia a ministerstwem zdrowia. (Fot. PAP/kolaż)
REKLAMA
W państwowej służbie ochrony zdrowia coraz bardziej uwypukla się problem z obsadami stacji pogotowia ratunkowego. Pracownicy rzucają papierami i w wielu miejscach brakuje obsady w karetkach. Wypowiedzi ministra zdrowia Adama Niedzielskiego nie pomagają w załagodzeniu sytuacji.

Ratownicy medyczni domagają się podwyżek, by nie musieli pracować po 300+ godzin w miesiącu na godziwe zarobki.

Minister Niedzielski stwierdził ostatnio, że ratownicy mogliby otrzymać podwyżki z zysków stacji pogotowia.

REKLAMA

W stacji warszawskiej ratownictwa medycznego przez dłuższy czas nie były realizowane podwyżki. Analizując wyniki finansowe, został pokazany zysk ponad 6,5 mln zł i myślę, że osoby tam pracujące mogą mieć poczucie, że wypracowały ten zysk i mogą mieć w nim udział – mówił Niedzielski w Polsat News.

Branża z jednej strony śmieje się z ministra, z drugiej jest na niego wściekła. Tłumaczą, że Niedzielski kompletnie nie rozumie sytuacji.

Ratownicy medyczni odpowiadają Niedzielskiemu

Większość stacji pogotowia wykazuje zyski. Jako spółki samorządowe muszą składać sprawozdania roczne i tabelki rzeczywiście świecą się na zielono. Diabeł tkwi jednak w szczegółach.

To tak nie działa i nie zadziała – wyjaśnia w rozmowie z wp.pl Bogdan Kalicki, dyrektor Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Białymstoku. Za 2020 rok stacja wykazała 4,5 mln zł zysku.

Myślałem, że ministrowi jako ekonomiście nie będę musiał tłumaczyć, że wykazany przez stację zysk księgowy to nie to samo co gotówka w kasie. Na zysk złożyło się m.in. 3,5 mln zł przychodów z darowizn w czasie epidemii. Ale to są na przykład przyłbice i ubrania, którymi nie zapłacimy – wskazuje.

I dodaje, że nawet gdyby z zysków płacić podwyżki, to nie starczy dla wszystkich. Być może dla części załóg karetek starczyłoby na kilka zł więcej za godzinę, ale wówczas po wyższe pensje zgłosiliby się także pozostali pracownicy stacji, na co funduszy już na pewno by nie było. Gdyby pójść w taki scenariusz, to natychmiast zrodziłyby się konflikty w zespole. Koło się zamyka.

Otwarcie pyta też ministra, co w sytuacji, jeśli w kolejnym roku darowizn będzie mniej, zysk będzie mały, albo nawet strata. W takiej sytuacji ma pensje proporcjonalnie obniżać?

Aktualnie NFZ płaci za każdy dzień pracy zespołu ratunkowego – jest to tzw. dobokaretka. Z tego trzeba opłacić nie tylko pracowników, ale i wszystkie pozostałe wydatki – paliwo, leki, naprawę samochodu itd.

Dlatego ratownicy domagają się wyższych nakładów finansowych na „dobokaretki”. I apelują, by pogotowie traktować jak służbę mundurową, czyli w ten sam sposób rozliczać. Dziś muszą bowiem na wszystkim – nie tylko pensjach – „dziadowsko oszczędzać”.

Państwowa służba zdrowia to dramat. Nie ma ratowników. 10-latek nie przeżył upadku z drabinek

Źródło: wp.pl/NCzas

REKLAMA