Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: pixabay
Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: pixabay
Szokujące doniesienia płyną z dziecięcych oddziałów onkologicznych. Dwa razy więcej dzieci trafia tam z zaawansowanym rakiem. To pokłosie lockdownu służby zdrowia.

W rozmowie z „Wprost” prof. Anna Raciborska z warszawskiego Instytutu Matki i Dziecka przyznała, że znacząco większy odsetek małych pacjentów trafia tam w zaawansowanym stadium raka, niż to miało miejsce przed mniemaną pandemią.

– Szczególnie między czerwcem 2020 a marcem 2021 bardzo dużo dzieci trafiało w tak zaawansowanych stadiach, jakich w przypadku mięsaków, nie widzieliśmy od wielu lat. Dzieci miały zmiany rozsiane właściwie w całym organizmie. W przypadku przedłużającego się bólu często były poddawane rehabilitacji, długo leczone przeciwbólowo, bez należytej wcześniejszej diagnostyki. Mamy w klinice pacjentów, którzy byli tak leczeni przez kilka miesięcy, bo nikt nie pomyślał, że to może być nowotwór – mówiła.

Prof. Raciborska wskazała, że kliniki onkologii dziecięcej przez cały czas mniemanej pandemii pracowały. Jednak na początku „ludzie bali się iść do lekarza, rodzice też często woleli zadzwonić i uzyskać poradę”.

Michalkiewicz. The Movie

– Z drugiej strony był duży problem z dostępnością do lekarzy pierwszego kontaktu – przyznała.

Jak podkreśliła lekarka, w przypadku małych dzieci teleporady często nie są skuteczne.

– Rodzic nie musi skojarzyć, że mały guzek może być czymś niebezpiecznym. Lekarz, nie badając dziecka, nie zawsze jest w stanie stwierdzić, co mu jest. Im mniejsze dziecko, tym mniej nam powie, co mu dolega, a nawet jeśli powie, to nie zawsze jest to adekwatne do rzeczywistego stanu. Dzieci nie zawsze np. odróżniają bóle brzucha od nudności – mówiła.

W rezultacie aż 60 proc. dzieci trafia na odziały onkologiczne z zawansowanym rakiem. W ocenie prof. Raciborskiej realne żniwo mniemanej pandemii zobaczymy jednak za 2-3 lata.

Źródło: wprost.pl