Stanisław Michalkiewicz.
Stanisław Michalkiewicz. / foto: PAP

„Donoszę panie naczelniku, że w naszym mieście jest pięć wdów po gienierałach armii carskiej i że to się zaczęło znów” – pisał Konstanty Ildefons Gałczyński w wierszu: „Pięć donosów”. Któryś donos dotyczył studenta Bresza: „Donoszę panie naczelniku, że w naszym mieście student Bresz, czesze się bardzo ekscentrycznie, przedziałek z tyłu robiąc też. Wszyscy się u nas czeszą podług stołecznych życzeń od iks lat, a tylko Bresz ma manię podłą być takim czymś na własny ład”. Na koniec donosiciel udzielił panu naczelnikowi takiej rady: „Bresza pod kluczyk i po krzyku – radziłbym, panie naczelniku”.

Tego donosiciela z nieśmiertelnego wiersza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego najwyraźniej naśladuje drogi pan mecenas Jarosław Głuchowski z Poznania, który do Sądu Okręgowego w Warszawie wysłał na mnie też pięć donosów. Nazywam pana mecenasa Jarosława Głuchowskiego „drogim panem mecenasem”, bo nie jest on tani.

Od swojej klientki, pani Hermenegildy Kociubińskiej, która od zakonu Chrystusowców dostała milion złotych odszkodowania i 800 złotych dożywotniej renty, wziął 300 tysięcy złotych tytułem – jeśli można to tak nazwać – „honorarium”. Jak widać – tani nie jest.

Michalkiewicz. The Movie

Mogło to wywołać w stosunkach między nim, a jego klientką jakieś napięcia, bo pod pretekstem naruszenia dóbr osobistych, za pośrednictwem niezawisłego Sądu Okręgowego w Poznaniu, w osobie Pani Sędzi Urszuli Jabłońskiej-Maciaszczyk, na podstawie wyroku zaocznego zmusił mnie do zapłacenia Hermenegildzie Kociubińskiej 150 tys. złotych (plus ponad 30 tys. tytułem kosztów egzekucji), a wkrótce potem, w imieniu swojej mocodawczyni, wytoczył mi powództwo o następne 150 tys. złotych, za podanie imienia i nazwiska mojej wierzycielki.

Podejrzewam tedy, że mógł jej obiecać, iż te 300 tysięcy złotych odprocesuje jej moim kosztem. Jak tam będzie, tak tam będzie tym bardziej, że Sąd Apelacyjny w Poznaniu uchylił postanowienie tamtejszego Sądu Okręgowego o odrzuceniu mojego sprzeciwu od wyroku zaocznego, w związku z tym sprawa pierwsza, za którą komornik ściągnął już ze mnie prawie 190 tys. złotych, wraca do punktu wyjścia.

A tymczasem, z donosu pana Jasia Kapeli, który najwyraźniej na łzy musi być bardzo czuły, niczym ów Król z poematu Aleksandra Fredry, rozpoczęła się przeciwko mnie sprawa karna za podanie nazwiska mojej wierzycielki. Do oskarżenia przyłączył się drogi pan mecenas Jarosław Głuchowski, któremu przy pomocy niezawisłego Sądu Rejonowego dla Warszawy-Żoliborza, udało się bez rozprawy uzyskać wyrok nakazowy, zwany potocznie „kiblówką” – o czym można przeczytać obok (wydanie „Najwyższego Czasu!” – red.). Opisałem te swoje perypetie, w następstwie czego drogi pan mecenas Jarosław Guchowski napisał do Sądu Okręgowego w Warszawie, do którego sprawa została przeniesiona z Poznania, pięć donosów.

Nawiasem mówiąc, sprawa cywilna o nazwisko pierwotnie trafiła do Poznania, w którym sądy są chyba najniezawiślejsze na świecie dlatego, że drogi pan mecenas Jarosław Głuchowski jako miejsce zamieszkania swojej klientki podał adres swojej kancelarii przy ulicy Święty Marcin. Tym razem jednak sąd chwalebnie się spostrzegł, że kancelaria adwokacka prawdopodobnie nie jest miejscem zamieszkania Hermenegildy Kociubińskiej i skierował sprawę do Warszawy.

Zachodzę tedy w głowę, dlaczego w sprawie karnej zoperował mnie Sąd Rejonowy dla Warszawy-Żoliborza, skoro tam nie mieszkam, tylko w Śródmieściu, a inkryminowany czyn został też dokonany w Śródmieściu, a nie na Żoliborzu. Nie tracę nadziei, że ta zagadka kiedyś się wyjaśni, co z pewnością rzuci światło na zagadnienie niezawisłości niezawisłych sądów, podobnie jak zbadanie oskarżeń pana prezesa Banasia, jakoby bezpieczniacy nakłaniali osoby tymczasowo aresztowane do fałszywych zeznań przeciwko niemu obietnicami, że niezawisłe sądy wtedy wypuszczą ich z aresztu na tzw. „wolną stopę”.  Ale dosyć tych rozpamiętywań, bo ciekawsze są same donosy. Oto one:

   Pismo z wnioskami dowodowymi

Działając w imieniu i na rzecz powódki wnoszę o:

zezwolenie na złożenie pisma procesowego, wobec ciągłej aktywności w mediach pozwanego i potraktowanie niniejszego pisma jako zobowiązanie (art. 205 (3) par. 2 k.p.c.)

przeprowadzenie dowodu z następujących dokumentów:

1. Artykuł „We młynie sprawiedliwości”

na następujące fakty: dalsze informowanie opinii publicznej o kolejnych czynnościach procesowych z udziałem powódki i pozwanego, wskazywanie, że dalej trwające procesy są dla pozwanego absorbującym zajęciem

2. Artykuł „Wieści smutne, złe i dobre”

na następujące fakty: informowanie opinii publicznej o otrzymaniu aktu oskarżenia, prześmiewczego traktowania książki powódki o „momentach, które zawsze przyciągają uwagę czytelników”

3. Komentarz osoby pod loginem Marcin Krzyżanowski

na następujące fakty: czynienia z procesu karnego, w którym powódka ma status pokrzywdzonej wydarzenia, dzięki któremu chce się poznać jej wizerunek imię i nazwisko na skutek upublicznienia przez oskarżonego informacji o jego oskarżeniu

4. Wyrok nakazowy z dnia 01.10.2021 r. IV K 562/21

na następujące fakty: nieprawomocne skazanie pozwanego, czyny przypisane pozwanemu

5. Artykuł „Kiblówka” wraz z załączonym sprzeciwem od wyroku nakazowego

na następujące fakty: szyderczego odnoszenia się do wyroku nakazowego wydanego na posiedzeniu niejawnym, brak zrozumienia wagi swoich czynów, ich karygodności, wyśmiewania zadośćuczynienia przyznanego powódce, prześmiewczego traktowania krzywdy powódki, która to powódka książkę napisała „dzięki jurnemu księdzu”.

Lektura tych donosów przypomina mi reportaż Melchiora Wańkowicza zamieszczony w tomie „Królik i oceany”, o tym, jak w Reno w stanie Nevada przeprowadzane są procesy rozwodowe. W jednej sprawie przyczyną rozwodu miało być „okrucieństwo moralne”, jakiego mąż dopuszczał się wobec żony.

Ponieważ ten zarzut jest trochę ogólnikowy, sędzia zapytał powódkę, co właściwie konkretnie ten mąż robił. Po dłuższym namyśle powódka powiedziała: ziewał w mojej obecności. – A może coś jeszcze? – dopytywał sędzia. Po jeszcze dłuższym namyśle kobieta powiedziała: naśmiewał się z wuja Jimmy`ego. – Oooo, tego już za wiele – powiedział z oburzeniem sędzia, stuknął młotkiem i już było po harapie, to znaczy – po rozwodzie. Ciekawe, jak na te pięć donosów zareaguje Sąd Okręgowy.

Tak czy owak, może być zabawnie, a – jak od dawna powtarzam – tyle naszego, co się pośmiejemy, niechby nawet baranim głosem.

Stanisław Michalkiewicz