Janusz Korwin-Mikke.
Janusz Korwin-Mikke. / foto: PAP
REKLAMA
Jak słusznie mówią „Zieloni”, człowiek powinien żyć w środowisku naturalnym. Dla dziecka naturalnym środowiskiem jest rodzina, w której jest ojciec, matka i kilkoro rodzeństwa.

Trzeba tu pamiętać, że normalna rodzina to nie tylko kilkoro dzieci; normalna rodzina to ojciec – plus matka i kilkoro dzieci. To samo jest zresztą i u zwierząt: w ogromnej większości gatunków jest to samiec, jedna lub kilka samic – i gromada potomstwa. I to samiec w takiej rodzinie rządzi.

Tymczasem w naszej cywilizacji nieustannie zwiększa się liczba rodzin niepełnych, liczba nieszczęśliwych dzieci pozbawionych normalnej rodziny.

REKLAMA

Przyczyną są głównie zasiłki dla samotnych matek. Jak słusznie zauważyła śp. Małgorzata Thatcherowa, premierka rządu Zjednoczonego Królestwa: „Zasiłki dla samotnej matki do zachęta dla innych kobiet, by zostawały samotnymi matkami”. Te zasiłki, jak zresztą i cały „socjal”, należy zlikwidować. Natychmiast!

Film dokumentalny o dramatycznych wydarzeniach w Jedwabnem

Jezus Chrystus widział, jak św. Józef pracował. I to był widok normalny. Chłopcy wyrastali ze świadomością, że obowiązkiem mężczyzny jest praca na utrzymanie rodziny – i traktowali to jak coś oczywistego. Nawet jeśli ojciec wychodził pracować do fabryki czy biura, rodzina czekała na niego jako na dostarczyciela środków na utrzymanie. Jest to zjawisko normalne: samce wychodziły polować, a reszta plemienia czekała na łup. Dziś mamy do czynienia z całymi zbiorowościami dzieci wychowanymi w środowisku, w którym dostarczycielem środków do życia jest bankomat – i widzą, jak matka bez pracy dysponuje tymi pieniędzmi. Co więcej: uważają to za naturalne. Związek faktyczny między pracą a jej rezultatami został całkowicie rozcięty.

Zaczęło się to już bardzo dawno. Związek między ubitym przez ojca jeleniem a upieczonym na rożnie udźcem jest całkowicie oczywisty. To samo było, gdy ojciec był cieślą czy kowalem. Nawet gdy wykonywał pracę najemną, przynosił do domu dniówkę – i od razu było widać, czy dziś pracował dużo, czy się raczej obijał…

Później wypłacano już w soboty tygodniówki – i ten związek stał się nieco zamazany. Obecnie zarobki wypłaca się co miesiąc. W efekcie gdy ojciec przyniósł mniej pieniędzy, to z reguły rodzina narzekała, że pracodawca (zwłaszcza państwowy!) za mało płaci – a nie, że ojciec źle pracuje: przecież widziała, że przez ostatnie pięć dni harował (a o tym, co było dwa tygodnie temu, nikt już nie pamięta…). Ojciec zaczynał przynosić do domu pensję, a nie zarobki.

Zresztą i urzędników było coraz więcej…

Po klęsce wysypu urzędników, gorszej od nalotu szarańczy, spotkała nas klęska w postaci pracy kobiet. Bardzo szybko stało się zrozumiale, że kobiecie nie można płacić w zależności od tego, ile wypracowała – bo przecież a to musiała zajmować się dziećmi, a to miała „te dni”. W efekcie nawet kobiety pracujące fizycznie coraz częściej „odbierały pensję”, a nie kłóciły się z płatniczym, że przecież ona w tym miesiącu przytargała w „Biedronce” więcej skrzynek niż w poprzednim – więc powinna dostać więcej.

To wszystko jest całkowicie nienaturalne. Tyle że „Zieloni” wcale nie domagają się powrotu do środowiska naturalnego! Przeciwnie: domagają się coraz większego „socjalu” – w wyniku czego wyżywienie rodziny wróciło do modelu, w którym dobry Pan Bóg zsyłał z nieba Izraelitom nowa porcję kaszki manny; w dodatku podobno ówczesna manna była słodsza.

Do tego dochodzą drobnoustroje i inne zwierzęta. Dawniej rodzina miała sześcioro dzieci, z czego trójka padała ofiarami a to laseczki tężca, a to wilków, a to pałeczki czerwonki… W wyniku tego do wieku rozrodczego (a to jest ważne w biologii!!) dożywało dwoje, troje – czasem mniej. Pod koniec XVIII wieku we francuskiej prowincji Limoges przez dziesięć lat do dorosłości nie dożyło ani jedno dziecko!! Dopiero kapitalizm poprawił sytuację i doprowadził do gwałtownego wzrostu populacyj.

Czy to było dobre – czy złe? W biologii takich pojęć nie ma. Dobre jest to, co zapewnia przeżycie – a przeżycie zapewnia to, co jest normalne. Dlaczego? Dlatego, że „nienormalnym” nazywamy to, co nie zapewnia przeżycia. Gdyby istotnie, jak twierdzi p.prof. dr hab. Monika Płatek, „więcej dzieci rodziło się w w rodzinach jednopłciowych”, to rodziny jednopłciowe nazywane byłyby „normalnymi”.  Homoseksualizm jest „nienormalny” nie z powodu „miazmatów przeszłości” czy „fanaberii klechów” – tylko z powodów biologicznych.

Szczęśliwa rodzina normalna to taka, w której urodziło się sześcioro dzieci, z czego połowa zmarła. W sposób zasadniczy różni się od dzisiejszej rodziny z trojgiem dzieci. Tamte dzieci stykały się z chorobami – i wyrobiły sobie na nie odporność. Tym samym są zdrowsze. Tak: trzykrotnie przezywały śmierć braci i sióstr – ale zetknięcie ze Śmiercią też jest normalne; mogły czerpać radość z tego, że one żyją. Dzisiejsze dzieci nie dziękują Bogu (czy Losowi), że żyją – bo są naszpikowane szczepionkami, w razie czego efektywnie leczone – i traktują to jako rzecz normalną.

A to wcale normalne nie jest. Normalna jest towarzysząca nam stale Śmierć.

Jako cybernetyk wyrażam obawę, że za ten sukces zapłacimy. Pisałem tak już 60 lat temu. Dziś wystarczy popatrzeć na mapę śmiertelności z powodu COViD-u (wyłączywszy z tego wyspy, jak Australia, Grenlandia czy Nowa Zelandia), by stwierdzić, że najwięcej ludzi umiera tam, gdzie powszechne były szczepionki – więc organizmy dzieci nie nauczyły się reagować na zakażenia bakteryjne i inne. W Azji umiera dwa razy mniej ludzi, w Afryce trzy razy mniej.

Szczepionki same z siebie nie szkodzą. Telewizja też jest sama z siebie nieszkodliwa – tyle że namiętnym telewidzom siła idzie nie w mięśnie, lecz w Sitzfleisch i tłuszcz w brzuchu. Szczepionki na CoV-19 mogą pomagać ludziom starszym i schorowanym – natomiast dawanie ich dzieciom jest po prostu zbrodnią, jest ludobójstwem.

Co się okaże przy kolejnej, nieuniknionej przecież, zarazie…

…która „Zielonych” i tak niczego nie nauczy!

Janusz Korwin-Mikke


REKLAMA