Unijna walka z transportem, jaki znamy.
Unijna walka z transportem, jaki znamy - zdj. ilustracyjne. Foto: Pixabay
REKLAMA

Transport samochodowy, a przede wszystkim pojazdy z silnikami spalinowymi, jest bezwzględnie zwalczany w każdym obszarze naszego życia. Niestety część społeczeństwa, skuszona ekologicznymi ideami, poddaje się i temu przyklaskuje. Skutki będą opłakane – wyjaśnia w rozmowie z „Najwyższym Czasem!” Lech Kędzierski, wiceprezes Partii Kierowców. 

Tomasz Cukiernik: Co Pan sądzi o unijnych regulacjach, które uderzają w transport samochodowy? 

REKLAMA

Lech Kędzierski: Punktem wyjścia wielu niedobrych rozwiązań są euronormy odnośnie czystości spalin, które są wzięte z sufitu. Niestety wprowadzane są na poważnie bez względu na negatywne skutki, jakie przynoszą gospodarkom, a co za tym idzie i nam, zwykłym obywatelom. Uważam, że to jest największy grzech Unii Europejskiej. Dewastuje transport prywatny, dewastuje transport międzynarodowy logistyczny, ale również rynki maszyn budowlanych i maszyn przemysłowych. Te silniki spełniające coraz nowsze normy, które są montowane, są silnikami coraz bardziej zawodnymi, kosztownymi w obsłudze, przy czym warunki pracy takich silników są bardzo różne. Te systemy, które pilnują czystości spalin, dopalania są bardzo rygorystyczne odnośnie ich obsługi, czystości, obciążeń i nie wytrzymują długich przebiegów. Natomiast odtworzenie, naprawa, wymiana jest bardzo kosztowna. Dzisiaj wielu użytkowników szuka starych, prostych silników do tego, żeby funkcjonować i pracować. Interwały silników nowych generacji, szczególnie tzw. downsizing, czyli uciekanie z pojemnością, żeby oszczędzać na spalaniu, powoduje to, że silniki przepracowują 200 czy 300 tys. km i nadają się do remontu. Przypominam, że kiedyś milion kilometrów to był normalny okres eksploatacji silników spalinowych. 

Czyli regulacje unijne są antyekologiczne, antyśrodowiskowe, ponieważ kiedyś silnik pracował cztery razy dłużej. Oznacza to, że wtedy wystarczyło wyprodukować jeden silnik, a teraz w miejsce jednego aż cztery. Cztery razy więcej surowców, cztery razy więcej odpadów, kosztów, pracy ludzi itd. 

Śmiecimy tymi odpadami przemysłowymi, które obarczone są wadami. Są bardzo skomplikowane, nieprzystosowane do tego, żeby pracować w środowiskach tak zmiennych jak nasz klimat europejski, bo mamy zimę, lato, bardzo duże wahania temperatur, a systemy oczyszczania spalin wymagają stabilności termicznej takiego silnika, co jest nie do osiągnięcia. W związku z tym interwały są coraz krótsze, a downsizing to bezwzględnie strzał w kolano każdego kierowcy, ponieważ nie dość, że odchudzamy materiałowo te silniki, czyli korzystamy z coraz słabszych materiałów, przekroje silników, głowic są coraz cieńsze, pracują 200-300 tys. km i remont albo – to sobie wymarzyli wszyscy producenci – wymiana na nowy. Opakowanie jest piękne, ale jak otworzymy to pudełeczko z nazwą „produkt ekologiczny”, to się okazuje, że w środku mamy mnóstwo zmarnowanej energii, mnóstwo zmarnowanego czasu ludzi, niepotrzebnie zupełnie, i mamy bardzo wysokie koszty odtwarzania parku maszynowego.  

Jakie może Pan wskazać inne regulacje unijne, które uderzają w kierowców? 

To jest kwestia samego produktu, z którego korzystamy. Natomiast jak możemy z niego korzystać, to już jest kolejny etap. Przede wszystkim absurdalne ograniczenia prędkości, jakie mamy na drogach. Eliminujemy transport samochodowy z miast, z jakichkolwiek skupisk ludzkich. To powoduje, że takie podstawowe wolności jak wolność poruszania się, wolność gospodarcza są zachwiane, ponieważ transport samochodowy zapewnia funkcjonowanie gospodarki i funkcjonowanie życia społecznego. Dzisiaj wszyscy stwierdzimy, iż jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że jesteśmy bardzo mobilni i tę mobilność, którą uzyskaliśmy właśnie dzięki samochodom, Unia Europejska bardzo ogranicza.  

Co sądzi Pan o unijnych planach wprowadzenia zakazów sprzedaży samochodów spalinowych na rzecz elektrycznych? 

W cieniu bieżących wydarzeń politycznych umiera nasza niezawodna, oparta na silnikach spalinowych motoryzacja. Umiera dobijana kuriozalnymi decyzjami Komisji Europejskiej, którym bez słowa sprzeciwu podporządkowują się, podobno jeszcze suwerenne, państwa europejskie. Ta walka ma swój finał w tym, żeby całkowicie wyeliminować silniki spalinowe. Jako środowisko skupione wokół kierowców zawsze uważaliśmy, że powinna istnieć konkurencja napędów. Powinien być naturalny rozwój. Silniki spalinowe powinny konkurować z elektrycznymi, wodorowymi i wszelkimi innymi. Ta naturalna konkurencja powinna wyłonić zwycięzcę. Ale to będzie zwycięzca wybrany przez konsumenta, przez kierowców… 

…przez rynek. 

Ogólnie przez rynek. A nie odgórnie narzucona koncepcja napędów elektrycznych, napędów absolutnie niepraktycznych, ponieważ energia elektryczna jest bardzo fajną energią, ale trudno przechowywalną. Praktycznie nie ma możliwości jej przechowywać w dużych ilościach i na dłuższy czas. Są akumulatory, które próbują to realizować, ale ich produkcja jest bardzo energochłonna, stosuje się pierwiastki trudno zdobywane, takie jak lit czy mangan. Ich zasoby są bardzo ograniczone. Niezawodność tych akumulatorów jest również katastrofalnie niska. Dla kierowcy jest to produkt nie do przyjęcia, jeśli chcemy funkcjonować normalnie, swobodnie się przemieszczać, mieć zabezpieczoną pełną logistykę produktów do działalności gospodarczej i wiele, wiele innych aspektów naszego życia.

Skąd wzięła się walka z kierowcami w miastach? 

Jako Partia Kierowców zwracaliśmy na to wielokrotnie uwagę. W tej chwili walkę z transportem samochodowym, szczególnie w miastach, kreują tzw. aktywiści miejscy, którzy – naszym zdaniem – są zupełnie oderwani od życia. Czyli ponieważ miasto nie inwestuje w infrastrukturę drogową, a samochodów przybywa, bo miasto się rozwija, to najprostszą i najtańszą dla władz miasta metodą, żeby ten problem rozładować, są zakazy wjazdu pod przykrywką – oczywiście – dbania o środowisko. Wtedy drogi w centrum miasta się odblokują. Tylko na nieszczęście dla nas wszystkich wszystkie urzędy, administracje ulokowane są w centrum miasta i jeżeli my, jako obywatele tego kraju, chcemy cokolwiek załatwić, to musimy tam się właśnie udać. Miasto wtedy zamknie nam drogi, zamknie dojazdy, wciśnie nas do komunikacji miejskiej, która nie funkcjonuje dobrze, nie jest pewnym środkiem transportu, a bardzo niewygodnym, niepraktycznym. Dla biznesu, dla ludzi, którzy prowadzą działalność, jest absurdalnym rozwiązaniem.  

Co sądzi Pan o obowiązkowym ograniczniku prędkości w samochodach, który Unia Europejska wkrótce narzuci? 

Część samochodów już ma ograniczniki prędkości, niezależnie od tego, na ile zawieszenie, silnik pozwala się temu pojazdowi poruszać. Jeszcze nie wszyscy producenci to wprowadzają, więc można kupić samochód bez tego. Ale docelowo wiadomo, jak ma być. To jest mniejszy problem, bo jeżeli nie będzie dróg szybkiego ruchu, po których można szybko i bezpiecznie się poruszać, to zniknie problem, że producenci ograniczają nam moce i możliwości przemieszczania się samochodów. Kluczem jest to, że w tej chwili transport samochodowy, a przede wszystkim silników spalinowych, jest bezwzględnie zwalczany w każdym obszarze naszego życia. Niestety część społeczeństwa, skuszona tymi pięknymi ekologicznymi ideami, poddaje się im i temu przyklaskuje. Skutki będą opłakane. 

Od lipca 2022 roku nowe pojazdy sprzedawane w Unii Europejskiej będą musiały zostać obowiązkowo wyposażone w cały szereg systemów niekoniecznie potrzebnych i bez których dało się obyć do tej pory: układ zapobiegający zderzeniom czołowym i potrąceniom pieszych oraz rowerzystów, system informowania o niezamierzonym opuszczeniu pasa ruchu, system monitorowania zmęczenia i rozproszenia kierowcy, kamerę cofania z czujnikiem, instalacje do podłączenia blokady alkoholowej czy asystent martwego pola lusterek. Do tego właśnie inteligentny ogranicznik prędkości. System ma ostrzegać kierowcę w ten sposób, że jeśli dozwolona prędkość zostanie przekroczona, rozlegnie się alarm dźwiękowy oraz wizualny. Na razie pomysł, by automatycznie redukować prędkość pojazdu zgodnie z limitami na danym odcinku drogi, został odrzucony, ale pewnie wcześniej czy później wróci. Czy nie jest tak, że ten ogranicznik prędkości może powodować wypadki, bo ktoś wyprzedza i nagle traci moc i prędkość – i ma czołowe zderzenie? 

Jeżeli przekroczymy parametr prędkości, który jest zapisany w sterowniku silnika, to samochód dalej nie będzie przyspieszał. Pewnie, że tak. Każde rozwiązanie administracyjne jest samo w sobie durne. Natomiast to jest tylko jeden z puzzli, które się układają w jeden obraz. Unia Europejska nienawidzi samochodów. A samochody dały nam trzy najważniejsze rzeczy: wolność poruszania się, swobodę gospodarczą i możliwość realizowania się społecznego – spotykania się z rodziną i funkcjonowania jako społeczeństwo. To jest jeden z wynalazków, który ma potężne konsekwencje cywilizacyjne. Myśmy ten świat odbudowali po wojnach dzięki samochodom.

W jaki sposób Pana zdaniem można zatrzymać to całe wariactwo antysamochodowe?

Niestety świat się upolitycznił i trzeba lobbować. My, jako Partia Kierowców, próbujemy zmobilizować kierowców i dać im do tego płaszczyznę polityczną, żebyśmy mogli wywalczyć rozwiązania legislacyjne, które ułatwią nam życie, a może w części cofną te decyzje, które już zapadły. Na punkcie krajowym. Natomiast międzynarodowo – to też są decyzje polityczne i szukamy stronników do tego, żeby nie przyjąć pewnych deklaracji Unii Europejskiej albo je odrzucić. Skoro UE postanowiła popełnić samobójstwo, to nie wykluczamy wypisania się z tego projektu.

Premier Morawiecki podobno podpisał deklarację, że Polska rezygnuje z samochodów spalinowych do 2035 roku. 

To jest fakt prasowy. Rzeczywiście takie informacje są. Nie ma oficjalnego potwierdzenia rządu, że taka deklaracja została przez rząd podpisana. Nie widzę, jaką premier miał delegację, by taką deklarację podpisać bez wstępnych konsultacji czy nawet referendum, bo to jest decyzja, która bezwzględnie wpłynie na nasze życie gospodarcze i społeczne. Premier nie ma umocowania, by taką deklaracje podpisywać. 

Tymczasem samochody elektryczne, które mają zastąpić te spalinowe, są za drogie, a po drugie: bardzo szybko się zużywają. Nie będzie możliwości zakupu używanych samochodów, jak jest w przypadku aut spalinowych. W szczególności uderzy to w biedną część społeczeństwa, której nie będzie stać na kupno nowego samochodu, a starych nie będzie, bo będą szły od razu do utylizacji. 

– Wracamy do sytuacji, jaka była za komuny, że samochód był przywilejem. Mieliśmy ten komfort poruszania się samochodami, ale on kiedyś znowu będzie przywilejem. I pozostanie nam, tak jak w komunie, transport publiczny. To jest ta przyszłość, w którą znowu chcą nas wepchnąć. Co więcej – zmiany, jakie aktualnie dokonują się na rynku motoryzacyjnym, konsekwentnie dążą do wprowadzenia elektrycznych pojazdów autonomicznych. Elektromobilność to tylko pierwszy krok w tym kierunku. Pojazdy z nazwy autonomiczne będą autonomiczne tylko w stosunku do użytkujących ich obywateli, natomiast będą w pełni zależne i pod pełną kontrolą aparatu państwowego i tym samym unijnego. Będzie to kolejna, nowocześniejsza odsłona transportu publicznego. 

rozmawiał Tomasz Cukiernik


REKLAMA