Płacz, szczepionka Źródło: Pexels, collage
Płacz, szczepionka Źródło: Pexels, collage
NOP-y, czyli niepożądane odczyny poszczepienne, zdarzają się ponoć niezwykle rzadko i dlatego medialni promotorzy szczepień na covid często udają, że nie występują one wcale, a szczepionki są w 100 procentach bezpieczne. Przykład pani Joanny* pokazuje jednak zupełnie inną stronę szczepień.

Nawet lewicowe media o tym piszą

Przypadek pani Joanny jest tak poruszający, że pisze o nim nawet lewicowe Oko.press, czyli portal, który w kontekście pandemii kojarzyć się może raczej z bezpodstawnym zarzucaniem innym bycia tzw. antyszczepionkowcami.

„Joanna ma 30 lat. Nigdy poważnie nie chorowała. Prowadzi zdrowy tryb życia, nie pije, nie pali. W 2019 roku wyszła za mąż za rolnika i prowadzi z nim gospodarstwo rolne. To znaczy prowadziła, gdyż od czasu wzięcia pierwszej dawki szczepionki na COVID-19, nie jest w stanie pomagać mężowi” – opisuje Oko.press.

Dalej czytamy, że kobieta nie miała wcale ochoty się szczepić, bo obserwowała inne osoby ze swojej rodziny, które mocno zareagowały na przyjęcie szczepionki na covid. W dalszej części tekstu do autorów zaczyna jakby docierać, że to nie do końca prawda, że szczepienia są dobrowolne, bo dla niektórych nie są.

Michalkiewicz. The Movie

„Do szczepienia zmusiła ją sytuacja zawodowa. Poza pracą w gospodarstwie pracowała bowiem również w pobliskim mieście bezpośrednio z osobami starszymi” – pisze Oko.press.

Niedługo po szczepieniu u pani Joanny zaczęły objawiać się niepokojące skutki uboczne. „Oprócz standardowych objawów niepożądanych (ból w miejscu wstrzyknięcia, opuchlizna, zaczerwienienie) w okolicy szyi, pachwiny i na udzie po stronie szczepienia pojawiły się guzki o średnicy 2-5 cm. Joanna znalazła ich kilka, badający ją potem lekarz doszukał się łącznie 10 guzków”.

A poza tym:

  • „wysoka gorączka (do 40 stopni),
  • nudności,
  • zawroty głowy,
  • senność,
  • zaburzenia czucia w nogach (zwłaszcza po stronie przeciwnej do szczepienia),
  • uczucie nierównej pracy serca,
  • siniaki, wybroczyny żylne na ramionach i nogach,
  • poszerzenie żył powierzchniowych w dołach podkolanowych obustronnie (wcześniej bez żylaków, w rodzinie nikt żylaków nie ma)”.

Państwo nie da odszkodowania, a Pfizer tylko współczuje

Z tekstu dowiadujemy się również, że gdy po dwóch dniach (!) zaszczepionej udało się w końcu dostać na wizytę lekarską, to lekarz bagatelizował sprawę. Gdy jednak kobiecie się nie polepszało – udało się na SOR. Tam tak samo – stwierdzono, ze to tylko powiększone węzły chłonne, a nogi puchną od ciepła.

Lekarze nie diagnozowali NOP-u i dlatego pani Joanna nie była prawidłowo leczona. Przyjmowała antybiotyki na zupełnie inne schorzenia.

Dodatkowo kobietę i jej rodzinę dosięgły problemy finansowe, bo NOP odebrał jej możliwość pracy. Gdy już stwierdzono, że to skutek szczepienia, kobieta zaczęła interesować się odszkodowaniem od państwa. Okazuje się jednak, że nic nie dostanie.

Gdy się szczepiła, to Fundusz Kompensacyjny, który jest w trakcie opracowywania, jeszcze nie istniał. Jednak nawet jak już powstanie, to odszkodowania będą wypłacane osobom, które miały wykonane szczepienia ochronne przeciw COVID-19 przeprowadzane po 26 grudnia 2020 r.

Kobieta zwróciła się więc do Pfizera, czyli producenta szczepionki, którą przyjęła. Koncern zareagował… współczuciem.

„Firma Pfizer podchodzi ze współczuciem do Pani sytuacji. Tym nie mniej w zakresie, w jakim domaga się Pani zwrotu kosztów albo innego odszkodowania, spółka Pfizer nie widzi żadnych podstaw do zaoferowania Pani tego rodzaju płatności ze swojej strony” – odpisali pani Joannie.

Dalej poinformowano, że Pfizer „z należytą powagą podchodzi do zgłoszeń takich, jak Pani. Dostarczone przez Panią informacje na temat Pani doświadczeń zostały przekazane do zespołu Pfizer odpowiedzialnego za nadzór nad bezpieczeństwem farmakoterapii oraz będą wprowadzone do bazy danych dotyczących bezpieczeństwa, przyczyniając się do zwiększenia naszego ogólnego poziomu wiedzy na temat szczepionki”. To jednak żadne pocieszenie dla kobiety, która już się z tym NOP-em zmaga.

Wracając do polskich instytucji pani Joanna słyszy lakoniczne odpowiedzi: – Nikt Pani nie zmuszał. Sama się Pani zapisała na szczepionkę.

Kobieta ma dużą świadomość tego, że w polskim systemie na jej leczenie składaliby się wszyscy Polacy. Nie rozumie ona, dlaczego nie opłaci go producent.

– Nie chcę, aby za mój NOP płacił polski podatnik. To niesprawiedliwe, że osoby z NOP-ami, takimi jak mój, zostały wykluczone, ponieważ wielkie koncerny zrzekły się odpowiedzialności, a posłowie stworzyli Fundusz, który z założenia ma nie wypłacać pieniędzy. Wątpię, aby przy aktualnym stanie służby zdrowia, ktokolwiek z NOP-em spędził wiele dni w szpitalu – mówi kobieta.

Kobietę dosięgają już skutki uboczne Niepożądanego Odczynu Poszczepiennego – na przykład depresja, w którą popadła przez swoją obecną sytuację. Za pomoc psychologiczną pani Joanna również musi płacić sama.

I tak to wygląda. Przypadek pani Joanny raczej nie zachęca do szczepień, gdyż pokazuje, że za ewentualne NOP-y, nawet jeśli są zjawiskiem rzadkim, nikt nie chce wziąć odpowiedzialności. Nawet jak już powstanie fundusz, to obejmie on tylko niewielką liczbę osób, co uważa Oko.press.

Portal pisze, że „konieczność aż 14-dniowego pobytu w szpitalu bardzo ograniczy liczbę uprawnionych”. „Wiceminister zdrowia ostatnio poinformował, że od początku szczepień do 2 grudnia 2021 z powodu NOP na oddziały szpitalne trafiło 317 osób, nie wiadomo jednak ilu z nich spędziło tam ponad 2 tygodnie”.

*Imię zostało zmienione

Źródło: Oko.press