Nikola Karabatic. / foto: Wikimedia, Steindy, CC BY-SA 3.0
Nikola Karabatic. / foto: Wikimedia, Steindy, CC BY-SA 3.0
Niedawno miałem okazję podróżować samochodem z niezaszczepioną osobą z Francji do Polski. Po przekroczeniu granicy mój współpasażer nie mógł się nacieszyć, że na stacji „Orlenu” w Zgorzelcu może sobie nareszcie po wielu tygodniach usiąść przy stoliku i zjeść obiad.

Podobne uczucia towarzyszyły chyba piłkarzom ręcznym Francji, którzy przyjechali rozegrać mecz w Szegedzie na Węgrzech. Francuzi byli zaskoczeni brakiem nadzwyczajnych restrykcji już w hotelowej recepcji.

Na zgrupowaniu kadry sportowcy byli zmuszeni do przestrzegania bardzo rygorystycznych protokołów. Stracili nawet swojego kapitana Valentina Porte, który nie przedstawił negatywnego testu.

Ich lider Nikola Karabatic po przyjeździe na Węgry nie mógł się nadziwić „swobodzie” i napisał: „byliśmy oszołomieni, żeby nie powiedzieć zszokowani warunkami, w jakich rozgrywane są zawody. Przestrzegaliśmy ścisłych protokołów, aby nie złapać Covida, a tu docieramy do hotelu wśród innych klientów, którzy nie są zamaskowani. Jemy w tych samych miejscach, co pozostali klienci. Aby się chronić, nakładamy na siebie wiele ograniczeń, a warunki są co najmniej zaskakujące”.

Michalkiewicz. The Movie

Jego kolega z drużyny Vincent Gérard stwierdził z kolei, że „to duża zmiana w porównaniu z naszymi dwoma ostatnimi turniejami (w Egipcie i Tokio), w których byliśmy w bardzo bezpiecznych warunkach. Kiedy tu przyjechaliśmy i widzimy ludzi idących w strojach kąpielowych na hotelowy basen bez masek, jest to szok”.

Francuzi jednak są już sanitarnie wytresowani. „Mamy wrażenie, że cała praca na górze jest trochę podważana przez organizację na miejscu” – napisał Guillaume Gille, trener francuskiej drużyny piłki ręcznej. Gille wydawał się bardzo zirytowany sytuacją w Szegedzie i pisał, że to przepaść pomiędzy „rygorystycznym protokołem EHF, który wymagał największych wyrzeczeń, a przybyciem do kraju, który przeżywa Covid w zupełnie inny sposób”.

Trener dodał, że federacja „najwyraźniej nie uznała za stosowne narzucać wszędzie tych samych standardów” i wyraził nadzieję, że skierowane „uwagi do organizatorów pozwolą szybko to uregulować, bo tak duża różnica jest nie do zaakceptowania”.

Zdziwiony sytuacją nie był tylko Kentina Mahé, ale ten na co dzień gra w klubie na Węgrzech w drużynie Veszprem. „Sanitarną” różnicę podsumował Vincent Gérard: „Cieszymy się, że możemy grać w pełnych kibicach halach. To esencja naszego sportu. Ale jakim kosztem? Nie wiem. Osądzanie nie jest moją pracą”.

Źródło: Valeurs