
Sean Penn w wywiadzie dla „The Independent” skrytykował to, że mężczyźni stają się coraz bardziej „sfeminizowani”. Niby normalna postawa, ale w dzisiejszych czasach „normalny” głos celebryty to rzadkość. Ciekawe, czy taka deklaracja nie zaszkodzi jego projektom?
Po długiej karierze aktorskiej Sean Penn wyreżyserował i promuje swój najnowszy film „Flag Day”, w który zresztą także zagrał. Przy tej okazji 28 stycznia udzielił wywiadu dla „The Independent”, w którym amerykański podzielił się swoją wizją potrzeby istnienia wzorców męskości w społeczeństwie.
61-letni już gwiazdor oświadczył, że mężczyźni w amerykańskiej kulturze stali się szalenie sfeminizowani i kraj przeżywa kryzys wzoru męskości. Dodał, że „męskości” nie można kojarzyć z przemocą, a każdy „powinien pozostać sobą”.
Penn dorzucił, że nie sądzi, by idea równości polegała na tym, by faceci mieli stawać się „kobiecy”. Dał też do zrozumienia, że woli, aby cechy męskie i kobiece pozostały takie jak są, a mężczyźni „nie zamieniali dżinsów na spódnice”.
Sean Justin Penn to aktor, producent, scenarzysta, reżyser, ale i dziennikarz. Był dwukrotnym laureatem Oscara. Co ciekawe, ma poglądy lewicowe.
Był zwolennikiem Baracka Obamy i przeciwnikiem George’a W. Busha. Przyjaźnił się z prezydentem… Wenezueli Hugo Chávezem.
Czytaj także: Znana aktorka na proteście przeciwników obowiązkowych szczepień. Evangeline Lilly idzie pod prąd covidowej narracji [FOTO]