Wołyń.
Miejsce nieistniejącej już polskiej wsi na Wołyniu na Ukrainie. (Fot. PAP)
REKLAMA

Feliks Szczepaniak pseudonim „Słucki” i „Szczepcio” nie był żołnierzem zawodowym, ale oficerem rezerwy. Czuł się bardziej cywilem i nauczycielem, którym był z zawodu. Gdy jednak sytuacja zmusiła go do wzięcia odpowiedzialności za los podkomendnych, zrobił to tak, jak przystało na oficera Wojska Polskiego. To dzięki niemu oddział „Bomby”, po jego porwaniu wraz ze sztabem przez Sowietów, nie uległ całkowitej destrukcji, ale wyruszył na koncentrację 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej (27 DP AK). Był to prawdziwy wyczyn, za który bohater tego tekstu został odznaczony Złotym Krzyżem z Mieczami.

Podporucznik Feliks Szczepaniak „Słucki” urodził się we wsi Boguszówka w powiecie kozienickim. W 1922 roku ukończył pięć klas szkoły powszechnej. Chciał kształcić się dalej. W 1924 roku przyjęto go na kurs przygotowujący do zawodu nauczyciela, a następnie do seminarium nauczycielskiego w Ursynowie, które ukończył w 1930 roku. Skierowano go do pracy na Wołyń, w szkole powszechnej, we wsi Głuszków w gminie Ludwipol, w powiecie kostopolskim, należącej do parafii w Myszakówce. Wieś leżała blisko granicy z ZSRR.

REKLAMA

Na życie tutejszych mieszkańców duży wpływ wywierała granica z Sowietami, przebiegająca o kilka kilometrów. M.in. dlatego od nauczyciela wymagało się społecznego zaangażowania, zwłaszcza w Związku Strzeleckim. W organizacji tej, zwanej „Strzelcem”, władze widziały narzędzie do wzmocnienie obronności państwa, zwłaszcza na Kresach Wschodnich. Tu związek był całkowicie podporządkowany władzom wojskowym. Podlegał Podokręgowi ZS Łuck i skupiał 9187 osób.

Film dokumentalny o dramatycznych wydarzeniach w Jedwabnem

Oczywiście aktywną działalność w „Strzelcu” prowadził również Feliks Szczepaniak. Jest prawdopodobne, że w związku z tą działalnością przeszedł szkolenie oficerskie i został mianowany podporucznikiem. W gminie Ludwipol objął obowiązki gminnego komendanta Związku Strzeleckiego w Ludwipolu. Do jego obowiązków, tak jak wszystkich komendantów „Strzelca” na terenach przygranicznych, należało tworzenie tajnych ogniw „pogotowia obywatelskiego”. Jego celem było przygotowanie się do konspiracyjnej działalności wojskowej przeciwko ewentualnemu okupantowi oraz oddziaływanie na miejscową ludność w duchu państwowym.

NKWD nie zdołało go dopaść

Te bardziej zakonspirowane komórki miały prowadzić działalność dywersyjną na terenach czasowo zajętych przez wojska nieprzyjaciela. O tym, że Feliks Szczepaniak podszedł do obowiązku tworzenia tajnych struktur na terenie Zasłucza w pełni profesjonalnie, świadczy fakt, że od września 1939 roku do lata 1941 roku zdołał się na nim ukrywać przed NKWD, mimo że to ostatnie intensywnie go poszukiwało. Co ciekawe, przetrwał nie tylko on, ale jeszcze kilku innych oficerów i podoficerów rezerwy. Sugeruje to, że stał on na czele bardzo dobrze zorganizowanej grupy, która przygotowała sobie cały szereg melin z zaopatrzeniem umożliwiających im długie trwanie w terenie. Przypuszczać można, że nie wszyscy wiedzieli, iż Feliks Szczepaniak w ogóle wrócił z wojny! W połowie sierpnia 1939 roku został on bowiem zmobilizowany do 13 DP, wchodzącej w skład Armii „Prusy”.

Pod Tomaszowem Mazowieckim 13 DP usiłowała zatrzymać idące na Warszawę natarcie niemieckiego 16 Korpusu Pancernego. Poniosła ona bardzo ciężkie straty, zachowując gotowość bojową tylko w niewielkiej części. Z rozbitej dywizji wydzieliło się kilka grup, których żołnierze przedzierali się lasami w różnych kierunkach. W jednej z takich grup szedł właśnie ppor. Feliks Szczepaniak, który wrócił na Wołyń, by zgodnie z wcześniejszymi założeniami przystąpić do tworzenia walczącej z sowiecką okupacją konspiracji. Ukrywał się on w okolicach Głuszkowa aż do wkroczenia Niemców. Nie ma niestety żadnych źródeł informujących o funkcjonowaniu Feliksa Szczepaniaka na Zasłuczu w czasach sowieckiej okupacji. Najpewniej czekał on na dalszy rozwój wypadków. Doskonale zdawał sobie sprawę, że wcześniej czy później wybuchnie wojna Niemców z Sowietami. Gdy na Zasłucze wkroczyli Niemcy, Szczepaniak wrócił do cywilnego życia i zaczął uczyć w szkole. Początkowo sytuacja zmieniła się na lepsze. Polacy odetchnęli, ale szybko się okazało, że nowy okupant wcale nie jest lepszy.

Organizował samoobrony przeciwko UPA

Szczepaniak od początku organizował kierownicze ogniwa samoobron, bazując w znacznej mierze na członkach Związku Strzeleckiego, którzy nie zostali deportowani przez Sowietów na Syberię i zaraz po wkroczeniu nowego okupanta przeszli do konspiracji. Dzięki temu samoobrona w polskich wioskach na Zasłuczu pojawiła się stosunkowo wcześnie, bo w lutym 1943 roku.

W Starej Hucie zorganizowano Komitet Samoobrony, a także obwodowy oddział, który w razie zagrożenia przez Ukraińców miał udzielać pomocy mniejszym oddziałom samoobrony. Feliks Szczepaniak był oczywiście członkiem tego komitetu, który składał się głównie z oficerów i podoficerów rezerwy. Na czele lokalnych samoobron również stali oficerowie i podoficerowie rezerwy, a także członkowie Związku Strzeleckiego, którzy ukrywali się skutecznie w czasie pierwszej sowieckiej okupacji Wołynia. Ich ujawnienie było dużym zaskoczeniem dla komórek NKWD funkcjonujących przy sowieckich oddziałach partyzanckich. Sowieci postanowili więc „odgłowić” samoobronę i obsadzić ją własnymi dowódcami.

Po zamordowaniu przez Sowietów dowódcy oddziału samoobrony w Starej Hucie – porucznika Leona Osieckiego, oficera kontrwywiadu KOP, który w latach 1939-1941 bardzo skutecznie ukrywał się przed Sowietami – Feliks Szczepaniak uznał, że jest tylko kwestią czasu, kiedy NKWD upomni się na Zasłuczu i o jego głowę. Postanowił uchodzić do sąsiedniego powiatu i wstąpić do oddziału „Jeszcze Polska nie zginęła”, sformowanego na przełomie 1942 i 1943 roku przez Roberta Satanowskiego, do którego wstępowało wielu Polaków szukających schronienia przed banderowcami, a także chcących z nimi realnie walczyć. Wstępowało do niego także wielu AK-owców. Gdy jednak Feliks Szczepaniak spotkał na swojej drodze oddział „Bomby”, wstąpił do niego i porzucił Satanowskiego. Po ostatecznej reorganizacji oddziału objął on w nim obowiązki dowódcy drugiej kompanii. Sam oddział był zorganizowany na wzór batalionowy. Wraz z nim Feliks Szczepaniak, jako „Słucki”, wziął udział w walkach z banderowcami w obronie Zasłucza. Później „Bomba” otrzymał rozkaz wymarszu na koncentrację 27 DP AK. Po kilku dniach oddział musiał niestety zawrócić, gdyż miał kłopoty z przejściem na drugą stronę torów, przez które wiodła droga wybrana przez „Bombę”. Nie wziął on bowiem pod uwagę, że Niemcy bardzo silnie ufortyfikują linię kolejową i będzie bardzo trudno ją przekroczyć bez ciężkiej walki.

„Słucki” przejmuje dowództwo

Sytuację tę wykorzystali Sowieci, uznając, że jest to okazja do aresztowania wszystkich oficerów oddziału i dokonania przez to jego dekompozycji. Zakładali, że bez oficerów oddział „Bomby” się rozproszy i będzie łatwy do przejęcia. Sowieci zrealizowali swój scenariusz, ale nie wzięli pod uwagę, że jeden z oficerów nie da się złapać w pułapkę. Tym oficerem był właśnie Feliks Szczepaniak „Słucki”. Zarządził on zbiórkę oddziału. Ogłosił, że przejmuje jego dowództwo i zarządza natychmiastowy wymarsz do miejsca koncentracji dywizji. Po kilku godzinach oddział był już gotowy do wymarszu. Połowa żołnierzy postanowiła jednak pozostać na Zasłuczu dla wzmocnienia tamtejszej samoobrony. Szczepaniak zdecydował, że z resztą będzie przebijał się na zachód, przez terytoria opanowane przez UPA, udając… oddział UPA!

Pośpiech, z jakim Szczepaniak postanowił wyprowadzić oddział z Zasłucza, wynikał z obaw, że partyzanci sowieccy uderzą na oddział i spróbują go rozbroić. Doskonale wiedział, że zarówno on, jak i wszyscy podoficerowie byli zaproszeni przez sowietów na „herbatkę”. Szczepaniak wiedział, że robi się bardzo niebezpiecznie, gdy do oddziału „Bomby” przybyła konna grupa sowieckich partyzantów pod dowództwem „Bohuna”, którzy nie kryli swoich intencji i… dźgnęli jednego z polskich partyzantów nożem! Szybko uciekali pogonieni ze wsi kilkoma seriami z broni maszynowej. Wszyscy podoficerowie oddziału też byli zdania, że trzeba jak najszybciej uciekać z terenu Zasłucza.

Pomysł przebijania się w rejon koncentracji 27 DP AK pod banderowskim szyldem był bardzo ryzykowny i wymagał od członków oddziału najwyższej dyscypliny! W kontaktach z ludnością cywilną mieli prawo odzywać się tylko ci, co dobrze znali język ukraiński. Zwiadowcy z tryzubami na czapkach mieli po cichu zdejmować placówki UPA, jeżeli te były w jakiejś wiosce, a następnie przypominać jej mieszkańcom, że muszą nakarmić dwie sotnie striłciw. Jak wspomina Czesław Piotrowski, przyjęcia w ukraińskich wioskach początkowo często przypominały uczty: „Po zapadnięciu ciemności, kiedy weszliśmy do rozciągniętej ukraińskiej wioski, na skraju ulicy, po obu jej stronach, stały przed domem ławki i stoły z różnorodnym posiłkiem: chleb, masło, ser, jaja, słonina, a nawet niektórzy mówili, że jedli kiełbasę i szynkę”. „Słucki” przed tą „bufetową kolacją” przekazał tylko żołnierzom, że mają szybko jeść, a najlepiej wszystko zabierać ze stołu i ze sobą nie rozmawiać, by się nie zdradzić, kim są faktycznie. Takie kolacje zjedli m.in. we wsi Kamienne i Czudel. Słucz przekroczyli po lodzie, przeprowadzając przez rzekę tabory i dwie armatki przeciwpancerne. Lód był tu wzmocniony słomą polewaną wodą, by był odpowiednio gruby. W rejonie Niemowicz, pod bokiem Węgrów, udało się oddziałowi przekroczyć linię kolejową Sarny-Kostopol-Równe.

Chleb jako opłatek

W opuszczonej i częściowo zniszczonej polskiej kolonii Folwark-Osty oddział miał krótką przerwę na Wigilię. „Słucki” z kromką chleba chodził od chałupy do chałupy, w których kwaterowali żołnierze – i dzielił się z nimi chlebem jak opłatkiem. Składał wszystkim życzenia, by nadchodzący rok był ostatnim rokiem wojny.

Następnie szczęśliwie oddziałowi udało się obejść ukraińską wieś Horodziec, silne banderowskie gniazdo, liczące 400 zagród, długie na 5 km. „Słucki” zaryzykował jej obejście nocą, czym zaskoczył miejscowych upowców. Nie odważyli się zaatakować polskiego oddziału. Następnie „Słucki” prowadził oddział przez spaloną ziemię, czyli przez wyrżnięte polskie osiedla, po których pozostały tylko ruiny. Pod Perespą oddział się zatrzymał, by zobaczyć, jak przejeżdża przed nim kolumna kilkudziesięciu sań z banderowcami. „Słucki” zabronił ich atakować, bo teren był opanowany przez banderowców i w każdej chwili ten i tak silny oddział mógł dostać wsparcie. „Słucki” postanowił dalszą wyprawę prowadzić przez lasy leżące w pobliżu spalonych i wyrżniętych przez banderowców osiedli polskich. W pobliżu Mielnik złapano czterech banderowców, którzy zeznali, że ich dowódcy wiedzą o ich oddziale, ale sądzili, że jest to zgrupowanie liczące kilka tysięcy osób bardzo dobrze uzbrojonych. Dla „Słuckiego” stało się jasne, że jeżeli chce oddział doprowadzić do celu, to nie wolno marnować czasu i należy szybko iść do przodu, zanim zwiadowcy ukraińscy rozpoznają prawdziwą siłę prowadzonej przez niego formacji. Wokół były liczne wsie ukraińskie, stanowiące twierdze UPA. Do pośpiechu przynaglała też „Słuckiego” rozwijająca się wśród żołnierzy jego oddziału epidemia tyfusu, brak opieki lekarskiej i zapasów żywnościowych. Od strony Żurawicz banderowcy ostrzelali jeden z patroli oddziału. Było jasne, że zaczęli „macać” oddział i wkrótce przejdą do rozpoznania bojem. „Słucki” natychmiast poderwał oddział, nakazując wymarsz. Do Przebraża było już tylko 20 km. Chorych załadowano na tabory i ruszono ubezpieczonym marszem. Banderowcy nie zaatakowali oddziału, pozwalając mu dojść do Zofiówki. „Słucki” nie wiedział wtedy, że wszedł już z oddziałem w strefę obrony Przebraża, w którą banderowcy raczej się nie zapuszczali. Oddział się zatrzymał w Józefinie, spalonej polskiej kolonii – i dotarł do Przebraża. Przebraże przywitało oddział „Słuckiego” z największymi honorami. Na jego spotkanie wyjechał sam dowódca samoobrony Henryk Cybulski. Ppor. Feliks Szczepaniak wykonał swoje zadanie i zdał egzamin jako dowódca. Był to oczywiście dopiero początek drogi. Dopiero teraz zaczynał się szlak bojowy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK…

Marek A. Koprowski


REKLAMA