Tadeusz Kościński. Foto: PAP
Minister Finansów Tadeusz Kościński. Foto: PAP
REKLAMA
Zdymisjonowany minister finansów pozostawił w Polsce górę długów, tysiące niepotrzebnych przepisów i największe w historii utrudnienia dla przedsiębiorców.

„Premier Mateusz Morawiecki otrzymał rezygnację Tadeusza Kościńskiego z funkcji ministra finansów. Po przyjęciu dymisji przez Prezydenta Andrzeja Dudę premier będzie tymczasowo pełnił obowiązki ministra finansów do momentu powołania nowej osoby” – napisał w poniedziałek 7 lutego na Twitterze rzecznik rządu Piotr Muller.

„Jest to podyktowane tym, że minister przyjmuje na siebie odpowiedzialność polityczną za pewne niedociągnięcia, jakie pojawiły się przy wdrażaniu nowych zasad podatkowych” – ogłosiła później rzeczniczka PiS – poseł Anita Czerwińska.

REKLAMA

Decyzja o dymisji Kościńskiego zapadła w siedzibie PiS przy ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie po długiej i burzliwej dyskusji. Jeśli wczytać się w komunikaty, można dojść do wniosku, że decyzję o dymisji podjęto za Kościńskiego.

Kozioł ofiarny

Bieg wydarzeń wskazuje na to, że Kościńskiemu nakazano podać się do dymisji. Wszystko po to, aby opinii publicznej przedstawić go jako kozła ofiarnego, winnego zaniedbaniom. Polski Ład nie udał się, zamiast poprawy czegokolwiek przyniósł tylko chaos, bałagan i dziadostwo, a w mediach na rząd PiS i jego szefa – Mateusza Morawieckiego – posypała się lawina krytyki. Rząd chciał więc pokazać opinii publicznej, że sam pomysł zmian był dobry, natomiast zawinił jego główny wykonawca – właśnie Kościński.

O tym, że jest to puste gadanie, przekonuje nas fakt, że proponowana kandydatka na następcę Kościńskiego – prezes ZUS – jest zwolennikiem jeszcze większego „dokręcania śruby” podatnikom, a chwilowo jego obowiązki przejął premier Mateusz Morawiecki – od początku uparcie dążący do zniszczenia polskiej klasy średniej. Rząd nie zawróci więc ze ścieżki Nowego Ładu – zmieni tylko osoby odpowiedzialne za jego wprowadzanie. Minister Kościński zostanie tylko nominowany na głównego winowajcę. A więc wiele się zmieni, aby wszystko mogło zostać po staremu.

Bez przeszłości

Zdymisjonowany minister finansów to jedna z najbardziej tajemniczych postaci III RP. Urodzony w Londynie, ukończył Goldsmith’s University of London. W Wielkiej Brytanii jest to higher education, ale według polskiego systemu, jest to tylko wykształcenie średnie. Gdy fakt ten wyszedł na jaw, Kościński wyjaśnił, że nikt go nie pytał o wykształcenie, zaś brytyjskiego dyplomu nie nostryfikował w Polsce, ponieważ… nie było mu to do niczego potrzebne.

Przy okazji ujawnił, że na drugim londyńskim uniwersytecie studiował botanikę, zoologię i geologię. Swoją karierę zawodową Kościński rozpoczął w upadającym PRL-owskim Banku Handlowym, w czasach gdy przez jego konta i powiązane z nim spółki realizowana była afera FOZZ. Przypomnijmy: chodziło o specjalny fundusz, który miał w niejawny sposób skupować po zaniżonych cenach polskie zadłużenie zagraniczne. Przeznaczone na ten cel pieniądze zostały jednak wytransferowane z Polski i poprzez łańcuch spółek w różnych krajach (w tym Luksemburgu i Panamie) wróciły do Polski, gdzie posłużyły do uwłaszczenia się komunistycznej nomenklatury, czyli do zakupu za bezcen (przez byłych partyjnych aparatczyków) upadających przedsiębiorstw państwowych.

W 1997 roku Kościński trafił do BZ WBK i tam stał się jednym z najbliższych współpracowników Mateusza Morawieckiego. Późniejszy premier ściągnął go do rządu, gdy już sam został jego szefem.

Wróg gotówki

Tadeusz Kościński zasłynął z forsowania pomysłów, które wzbudzały kontrowersje (najdelikatniej rzecz ujmując). Przykładem może być chęć wdrożenia programu „Polska bezgotówkowa”, co oznaczało likwidację pieniądza w formie gotówkowej. Kościński wykorzystał jako pretekst do tego pandemię koronawirusa. Tłumaczył Polakom, że groźny wirus może osiadać na banknotach, a płatność kartami zmniejszy jego transmisję. Chodziło oczywiście nie o przeciwdziałanie COVID-19, tylko o zwiększenie państwowej kontroli nad obiegiem pieniądza i o zwiększenie inwigilacji obywatela. Wiadomo bowiem, że każda płatność kartą zostawia ślad. Państwo może zatem śledzić wydatki każdego obywatela. Może również dowiedzieć się, co, gdzie i kiedy kupił oraz za jaką cenę (wystarczy porównać dane z płatności z paragonami ze sklepów). To zaś pozwala państwu poznawać przyzwyczajenia swoich obywateli. Rodzi również pokusę do dalszego wzmacniania systemu kontroli, np. poprzez wprowadzenie algorytmów blokujących możliwość zapłaty kartą płatniczą za określone towary (np. alkohol). Taki pomysł wplata się w tendencję ręcznego zarządzania obywatelami.

Drugim pomysłem forsowanym przez Kościńskiego była możliwość ograniczenia dozwolonej ilości gotówki, którą legalnie można przetrzymywać w domu, do kwoty 15 tysięcy złotych. Każda kwota przekraczająca ten limit mogłaby zostać zarekwirowana przez policję i obywatel musiałby się tłumaczyć, skąd ją ma i dlaczego trzyma w domu, a nie w banku. Pomysł absurdalny i niemożliwy do zrealizowania (Kościński musiałby wysyłać obywatelom policję do domów, aby sprawdzała każdy zakamarek). Chodziło o zmuszenie Polaków do tego, aby pieniądze trzymali nie w domu, w gotówce, ale na bankowych kontach. Jaki był cel tego? Oczywiście zwiększenie inwigilacji (aby państwo wiedziało, kto i ile ma pieniędzy) oraz uzależnienie Polaka od systemu bankowego. Kościński miał zresztą słabość do limitów. W okresie jego urzędowania wprowadzono limit transakcji gotówkowych w obrocie między przedsiębiorstwami. To kwota 8 tysięcy złotych netto. Kto zapłaci gotówką większa kwotę, nie będzie mógł zaksięgować jej jako kosztu uzyskania przychodu i odliczyć VAT-u.

Ku segregacji

Zmuszanie Polaków do trzymania pieniędzy w bankach miało jeszcze jeden cel: uzależnienie ich od systemu bankowego, co z kolei daje temu ostatniemu szerokie pole do nadużyć. Póki nikt nie ma obowiązku posiadania konta – bank musi zabiegać o klienta. Jeśli życie bez bankowego konta stanie się niemożliwe (a tak być musi w przypadku wprowadzenia pieniądze elektronicznego) sytuacja się odwróci: to banki zaczną dyktować warunki. Taka sytuacja może doprowadzić do wprowadzenia w systemie bankowym segregacji na „lepszych” i „gorszych” – i nieotwierania tym drugim rachunków bankowych. Zaś „gorsi” to będą ci, których za takich uzna bank. Będzie więc mógł zaliczyć do tej grupy rozmaitych „wywrotowców”, „foliarzy”, „antyszczepionkowców” i oczywiście „homofobów”.

O tym, że taki scenariusz jest jak najbardziej możliwy, przekonał się sąsiad z łamów „NCz!” – Stanisław Michalkiewicz. Kilka lat temu otrzymał od jednego z sympatyków zza oceanu dotację na kwotę 100 dolarów, wysłaną poprzez Western Union – międzynarodową sieć zajmującą się przekazami pieniężnymi. Aby odebrać przekaz, należy pokazać dokument tożsamości i numer przekazu (jest generowany w momencie nadania pieniędzy). Kolega Michalkiewicz dowiedział się jednak, że pieniądze nie zostaną mu wypłacone, bo jest „podejrzany”. Gdy sprawą zainteresowałem się jako dziennikarz, wysłałem oficjalne zapytanie do biura prasowego Western Union w USA z prośbą o wyjaśnienie tej sprawy. Otrzymałem wymijającą odpowiedź, iż pytam o indywidualną sprawę, której komentować nie wolno, ale „pan Michalkiewicz może wystąpić z reklamacją”. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że odmowa świadczenia usługi kol. Michalkiewiczowi wynika z poglądów, które publicznie głosi, a które nie wszystkim się podobają. Szczęście polega na tym, że bez Western Union można żyć. A co byłoby, gdyby posiadanie tam konta było obowiązkowe dla wszystkich?

Ten przykład pokazuje, do czego może doprowadzić dyktatura banków, jeśli rząd PiS zrealizuje postulat Kościńskiego i wprowadzi program „Polska bezgotówkowa”. Wprawdzie autor tego stwierdzenia i tego pomysłu właśnie podał się do dymisji, jednak nie ma deklaracji, iż rząd Morawieckiego nie będzie tej polityki kontynuował.

Wielkie dziadostwo

Spuścizna, którą zostawia po sobie Tadeusz Kościński, jest katastrofą: powiększony poza granice wypłacalności dług zagraniczny Polski, lawinowy wzrost biurokracji i tysiące przepisów utrudniających życie Polakom. Nowy Ład, który miał uprościć życie i wprowadzić normalność, przyniósł rezultat odwrotny od zamierzonego. A Tadeusz Kościński w ostatnich dniach swojego urzędowania stał się karykaturą samego siebie.

Leszek Szymowski


REKLAMA