
Podczas Konferencji Prawicy Wolnościowej, zorganizowanej z okazji 30-lecia „Najwyższego Czasu!”, przemawiał redaktor Stanisław Michalkiewicz. Z sali padło pytanie, dlaczego nie przyjął zaproszenia od Moniki Olejnik do jej programu.
– Czy nie przyjemniej było widzieć pana tam w sporze z Olejnikową, kiedy pan dyskutuje i powala jej argumenty, niż poddać się? – pytał jeden z widzów.
– Odpowiedziałem jej sekretarzowi, chyba tak należy nazwać tego pana, który do mnie zadzwonił z propozycją wzięcia udziału w programie, że bardzo chętnie przyjdę. Nie odmówiłem, tylko powiedziałem, że bardzo chętnie przyjdę, ale muszę dostać wezwanie na piśmie z numerem sprawy i zaznaczeniem, w jakim charakterze mam być przesłuchany – czy podejrzanego czy świadka. Powiedziałem: Porządek musi być – odparł Michalkiewicz.
– Dlaczego tak zareagowałem? Dlatego że przekonałem się wielokrotnie, że pani Monika Olejnik, zresztą ta metoda się upowszechniła niestety, ze swoimi gośćmi nie rozmawia, tylko ich przesłuchuje. Nie wiem, skąd się to bierze, ta maniera, ale tak jest – wyjaśnił.
– Czasami nawet i ona (Olejnik – przyp. red.) się myli. Przypominam sobie, jak kiedyś wezwała – znaczy zaprosiła, przepraszam – na rozmowę Leszka Balcerowicza. Widocznie się zapomniała. I zaczęła go rugać tak jak normalnie. Balcerowicz był na początek zdziwiony, a potem zaczął ją obsztorcowywać. Wyglądało to pięknie, tak jakby tygrys chwycił bat i zaczął okładać pogromcę. I ona się po paru minutach zorientowała, że to pomyłka jakaś – już do końca programu była cicha i pokornego serca – dodał Michalkiewicz.
– Po co miałbym uczestniczyć w programie, który polega na tym, że pani Olejnik mnie sztorcuje i za wszelką cenę stara się wykazać, że jest mądrzejsza ode mnie? Ja z góry to wiem, więc nie muszę się o tym przekonywać – skwitował publicysta.