Jarosław Kaczyński. Foto: PAP
Jarosław Kaczyński. Foto: PAP
REKLAMA

Najbliższe półtora roku będzie pasmem politycznych zapasów w błocie. Ale na końcu rozstrzygnie się wszystko na ulicy.

Jarosław Kaczyński chciałby mieć wybory parlamentarne na jesieni. To wymaga jednak poparcia 307 posłów, którego nie uda mu się zdobyć. Alternatywą jest podanie rządu do dymisji. Wówczas jednak Kaczyński ryzykuje, że opozycja powoła rząd techniczny. Sejm bowiem jest pełen posłów, którzy nie chcą rezygnować z 34 tys. zł miesięcznie (do 16,8 tys. zł pensji i diety dochodzi 17,2 tys. zł ryczałtu na prowadzenie biura). Kaczyński chciałby wyborów wczesną jesienią, bo wówczas może jeszcze liczyć na zwycięstwo. Obawia się (i ma rację), że rok 2023 będzie rokiem wielkiego kryzysu, który przełoży się na notowania PiS.

REKLAMA

Na razie partia rządząca ma stabilne poparcie. To są jednak słupki poparcia, które są non stop „podmywane” przez drożyznę (inflację) i rosnące koszty życia. Kaczyński czuje, że wybory jesienią 2023 roku mogą skończyć się dla niego katastrofą.

Film dokumentalny o dramatycznych wydarzeniach w Jedwabnem

„Wzięcie wszystkiego za mordę” i liczenie, że ludzie poprą PiS po raz ostatni, jest nawet dla niego złudną nadzieją. W głowie szefa PiS roją się pomysły przesunięcia wyborów parlamentarnych np. na 2024 rok pod pretekstem jakiegoś zagrożenia zewnętrznego itp. Kaczyński zrobi wszystko, co może, aby nie oddać władzy. Perspektywa, że będzie rozliczany z tego, co robił, i będzie musiał patrzeć na rozbiórkę pomników brata bliźniaka, których wystawiono ogromne ilości, jest dla niego nie do przełknięcia.

Dramat prezesa

Jarosław Kaczyński lubi powoływać się na Józefa Piłsudskiego. Pochwalał publicznie zamach majowy z 1926 roku i wprowadzenie w Polsce dyktatury. Problemem Kaczyńskiego jest to, że nie ma takiej ekipy jak Piłsudski. Zawodowy rewolucjonista miał autentyczną charyzmę i tysiące gotowych dla niego walczyć i ginąć zabijaków. Ludzi, którzy walczyli na wojnach w latach 1914-1921. Kaczyński ma zaś dziś jakichś gryzipiórków, których kompetencją główną było wystawianie mandatów za złe parkowanie i zakładanie blokad na koła. Kaczyński sprawia wrażenie, jakby bardzo chciał wprowadzić dyktaturę w Polsce, ale nie ma kim. Najbardziej twardym zawodnikiem w jego ekipie jest Zbigniew Ziobro. Ale minister sprawiedliwości – po pierwsze – ma własną partię, a jego relacje z Kaczyńskim, delikatnie mówiąc, dobre nie są. A poza tym jego twardość objawia się w olewaniu wyroków sądów, gdy są nie po jego myśli, i w nieprzyjmowaniu do wiadomości, że ktoś kiedyś za to go rozliczy.

Do Kaczyńskiego powoli zaczyna docierać, że niedługo w Polsce zaczną się protesty różnych grup społecznych. Kaczyńskiemu trudno wytłumaczyć, dlaczego urzędnicy mają godzić się na obniżki swoich wynagrodzeń (waloryzacja nie wystarcza, aby zrównoważyć oficjalną, 14-procentową inflację, a koszty życia rosną szybciej), a jednocześnie on rozdaje emerytom zasiłki nazywane „14 emeryturą”.

Majstrowanie przy prawie

Kaczyński zapowiedział ustawę o ochronie ludności i stanie klęski żywiołowej. Było to o tyle ciekawe, że zrobił to sam, bez premiera Mateusza Morawieckiego. Nowa ustawa ma ułatwić wprowadzanie stanów wyjątkowych. Przewiduje utworzenie nowego narzędzia – Funduszu Ochrony Ludności o wartości około 3 mld zł rocznie. To kolejna skarbonka, z której Kaczyński chce dosypywać, aby przekupywać doraźnie grupy społeczne. Kaczyńskiemu wydawało się, że odkrył tajemnicę wiecznych rządów w demokracji. Że będzie przekupywał Polaków ich własnymi pieniędzmi i dzięki temu będzie miał stabilne poparcie. Wszystko zmierzało do wprowadzenia w Polsce demokratury na wzór węgierski. Problem polega na tym, że Kaczyńskiemu, zanim ustanowił kontrolę nad mediami i sądami, skończyły się pieniądze.

Dziś sam Kaczyński nie do końca rozumie, co nadciąga nad Polskę. Mało który ekonomista dopuszcza, że w Polsce 2023 roku będzie spadek PKB. Na razie najmniej optymistyczne szacunki mówią o wzroście na poziomie ok. 0,9 procent. Sytuacja Polski jest niestety naprawdę zła. Z jednej strony rząd PiS rozdał wszystkie zasoby, które miał i których nie miał. Z drugiej strony jest rozpędzająca się inflacja i tragiczne perspektywy makroekonomiczne. Na razie sytuację amortyzował wielki wzrost płac. Krótko mówiąc: inflacji towarzyszy na razie podnoszenie płac. Ale działa to tylko w sektorze prywatnym i na dłuższą metę i tak przestanie. Wówczas nastąpi drastyczne obniżenie poziomu życia.

Gdy Edward Gierek zaczynał swoje rządy, to potrzeba było około sześciu lat, aby gospodarka zakrztusiła się kredytami. W 1976 roku były już protesty i konieczność wprowadzania kartek. Początkowo na cukier. Po prawie siedmiu latach rządów PiS mamy już inflację i zaczynają się kartki. Rząd PiS właśnie wprowadził kartki na tani węgiel w cenie 996 zł (ale tylko na 3 tony). Zaraz pojawią się głosy, że skoro kartki to takie świetne rozwiązanie chroniące ludzi, to czemu nie wprowadzić kartek na gaz i np. paliwo.

Jesień ludów

Pierwszy strajk generalny w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych przewidziany jest na końcówkę czerwca. Prawdziwa „jesień ludów” nastąpi jednak po wakacjach. To wówczas zaczną protestować różne grupy zawodowe.

Napięcia na między związkiem zawodowym „Solidarność” a rządem są widoczne przysłowiowym gołym okiem. Pod koniec maja w Zakopanem policja interweniowała na imprezach związkowców po zjeździe „Solidarności”. Był to ewidentny przykład zgrzytu na linii partia-rząd. Piotr Duda, szef „Solidarności”, jest pragmatykiem. Sugestie, że miałby brać na siebie obronę rządu PiS przed kryzysem gospodarczym, muszą wzbudzać jego wesołość. A pomysły, że naloty policyjne na imprezy po zjeździe go przestraszą, są także mocno naiwne.

Jak więc będzie upadała władza PiS? Obstawiam, że brzydko. Jak w słynnym żarcie Antoniego Słonimskiego, który mawiał, że tonący brzydko się chwyta. Wiemy, że CBA i Agencja Wywiadu kupiły nowy sprzęt do włamywania się ludziom na smartphone’y. Podobnie jak w wypadku Pegasusa w 2019 i 2020 roku, mogą być używane w trakcie nadchodzących kampanii wyborczych. Ale skoro hakowanie społeczeństwa nie powiodło się wówczas, to nadzieja, że przy pomocy szantażowania ludzi teraz podziałają, są naiwne. Obecnie bierność mediów, także prywatnych, można tłumaczyć gigantycznym hakowaniem ludzi. Ale jak widać, nie zmienia to dziś obrazu sytuacji. Kaczyński ma gigantyczny problem związany z katastrofą gospodarczą. Ponieważ nigdy nie pracował w normalnej firmie, to nie zdaje sobie sprawy z tego, co nadciąga.

Co więcej, nie zdaje sobie z tego sprawy również społeczeństwo. Ostatni prawdziwy kryzys był w latach 1989-1991. Dla ludzi urodzonych na przełomie stuleci inflacja już jest szokiem. Jak pojawi się problem bezrobocia, który na razie wydaje się abstrakcją, to zaczną się dramaty.

Jan Piński


REKLAMA