Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Pixabay
REKLAMA

Gdyby nie przesadna, skrajnie niewiarygodna propaganda, być może ludzie nie zaczęliby o pewne rzeczy pytać. Jeśli jednak dodatni wynik testu utożsamia się z chorobą, jeśli twierdzi się, że szczepienie chroni w 100 proc. przed zakażeniem, jeśli podaje się wyliczenia, z których wynika, że szczepienie chroni przed zgonem z dowolnej przyczyny, to rodzą się wątpliwości – mówi w rozmowie z „Najwyższym Czasem!” dr Marek Sobolewski, statystyk.

Jakub Zgierski: Na początku tego roku wystąpił Pan na sympozjum „Oblicza pandemii” w Akademii Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Obraz statystyczny polityki zdrowotnej w Polsce, który Pan zaprezentował, z pewnością był nie w smak rządzącym. W końcu przeprowadził Pan analizę skuteczności szczepień, które miały uchronić nas przed wszelkim złem. Jakie główne wnioski wyłaniają się z Pana pracy badawczej?

REKLAMA

Marek Sobolewski: Przede wszystkim chciałbym podkreślić, że wszystkie moje analizy mają – jeśli można to tak określić – charakter defensywny. Powodem ich podjęcia nie była chęć oceny skuteczności szczepień, ale walka z krzywdzącymi uogólnieniami, które wypowiadano pod adresem osób, które szczepić się nie chciały. Kiedy po raz kolejny przeczytałem i usłyszałem, że za całą złą sytuację zdrowotną odpowiadają osoby niezaszczepione, ze szczególnym uwzględnieniem Polski Wschodniej, postanowiłem zareagować. Przystępując do analizy, nie wiedziałem, jakie będą wyniki. Intuicja podpowiadała mi jednak, że tak ostra narracja musi sugerować, że rzeczywistość może być zupełnie inna.

Film dokumentalny o dramatycznych wydarzeniach w Jedwabnem

Dalej sprawa była prosta – Ministerstwo Zdrowia publikuje dokładne statystyki zakażeń z uwzględnieniem statusu szczepienia, analizę można też było prowadzić na danych zagregowanych, czyli dla województw lub powiatów. I już w listopadzie można było stwierdzić, że nieprawdą jest, iż „niezaszczepieni zakażają się częściej”. Proszę zwrócić uwagę na defensywny charakter moich wniosków – mimo że od stycznia wskaźniki zakażeń były wyższe wśród osób w pełni zaszczepionych (także po tzw. 3. dawce), ja nadal pisałem tylko „osoby niezaszczepione nie transmitują wirusa w stopniu większym niż zaszczepione”, bo to było wystarczające, żeby obalić podstawy naukowe segregacji sanitarnej. Zresztą naukowych podstaw tu nigdy nie było, więcej – nie było nawet prób poszukiwania takich merytorycznych argumentów. Muszę jeszcze zwrócić uwagę na jeden ważny fakt. Gdyby nie przesadna, skrajnie niewiarygodna propaganda, być może ludzie nie zaczęliby o pewne rzeczy pytać. Jeśli jednak dodatni wynik testu utożsamia się z chorobą, jeśli twierdzi się, że szczepienie chroni w 100 proc. przed zakażeniem, jeśli podaje się wyliczenia, z których wynika, że szczepienie chroni przed zgonem z dowolnej przyczyny, to rodzą się wątpliwości.

Na swoim Twitterze regularnie publikuje Pan analizy, często ubogacone wykresami, które podważają narrację mainstreamu w kwestii pandemii. Szczególnie ciekawe okazują się porównania statystyczne, które dowodzą, że osoby niezaszczepione wcale nie były bardziej zagrożone śmiercią. Czyżby wszelkiej maści eksperci, którzy straszyli społeczeństwo, opierali się na nienaukowych przesłankach?

Bardzo dobrze, że padło sformułowanie o „podważaniu narracji mainstreamu w kwestii pandemii”. Ja robię bardzo prostą rzecz, czyli przyjmuję, że oficjalne dane o przebiegu pandemii są prawdziwe (choć czasem niespójne, ale nie mam innych danych) i że oficjalne stwierdzenia na temat pandemii są prawdziwe. A następnie pokazuję, że te drugie są sprzeczne z tymi pierwszymi.

Natomiast muszę zaprzeczyć temu, że gdziekolwiek wykazałem czy napisałem, że szczepienie nikogo nie chroni. Tego na podstawie ogólnie dostępnych danych raczej się nie da zrobić. Natomiast pokazuję, że nie ma związku umieralności w 2021 r. (a nawet nadumieralności względem 2019 r.), na przykład na poziomie województw czy powiatów, z poziomem zaszczepienia. Ale uwaga, ponieważ w najmniej zaszczepionych powiatach takich osób jest i tak ponad 30 proc., nie mogę wykazać, że szczepienie w ogóle nie chroniło. Nie wiemy, co by się działo, gdyby poziom zaszczepienia był poniżej tych 30 proc., ale z analiz wynika, że nie ma różnicy w umieralności pomiędzy poziomem zaszczepienia 40 proc. czy 60 proc. i stwierdzenie o „tsunami zgonów” w niezaszczepionych regionach było nadużyciem. A jeśli chodzi o „nienaukowe przesłanki”… Uznajmy, że jest to tak zwane pytanie retoryczne.

Osobiście zszokowała mnie tabela zawierająca 34 choroby, dla których liczba hospitalizacji w okresie pandemii spadła co najmniej dwukrotnie. Czyżby Polacy rzeczywiście przestali na nie chorować? Chyba że wytłumaczenie, które się za tym kryje, jest bardziej skomplikowane.

Oczywiste jest, że nie przestaliśmy chorować na inne choroby. NFZ udostępnia dane na temat liczby hospitalizacji z podziałem na miesiące, choroby, województwa. Niestety, dane są udostępniane z ok. 9-miesięcznym opóźnieniem, ale umożliwiają różne retrospektywne analizy. O ile można wytłumaczyć spadki hospitalizacji na choroby wirusowe, to nie sposób tego samego powiedzieć o schorzeniach układu krążenia, układu nerwowego, chorobach onkologicznych i wielu innych. Tym bardziej, że minione dwa lata to nie był okres sprzyjający prowadzeniu zdrowego trybu życia, a kiepska kondycja psychiczna, wynikająca w dużej mierze z budowanej w przekazie medialnym atmosfery niepewności i zagrożenia, na pewno nie wpływała korzystnie na nasze zdrowie.

Należy pamiętać, że spadek liczby hospitalizacji z poziomu 100 proc. na 90 proc. obejmie (a przynajmniej powinien, jeżeli robiono to racjonalnie) co dziesiątego pacjenta z najmniej zaawansowanym schorzeniem. Ale już spadek o kolejne 10 proc. to osoby w cięższym stanie, a później każdy kolejny procent obejmuje osoby, dla których odłożenie zabiegu może być już kwestią ratowania życia. Jak wytłumaczyć ponad dwukrotny spadek leczenia szpitalnego ostrych chorób wątroby, padaczki, POChP, zaburzeń równowagi, bólów głowy i wielu innych? Odwołajmy się do elementarnej logiki: albo do marca 2020 r. leczono osoby, które nie wymagały leczenia, albo od marca 2020 r. nie leczono osób, które leczenia wymagały. Tertium non datur. Tak czy inaczej, mamy zjawisko, które powinno być przedmiotem szerokiej dyskusji, oficjalnych raportów, ocen skutków zdrowotnych… Mam nadzieję, że środowisko naukowe (także statystyków, specjalistów od zarządzania ochroną zdrowia) dostrzeże ten obszar badań, bo temat jest bardzo ważny. Bez tego nie ocenimy sposobu zarządzania pandemią, a kto nie analizuje popełnionych błędów, naraża się na ich ponowne popełnienie.

Nie da się ukryć, że nauka zdalna w ciągu ostatniego 1,5 roku przyniosła katastrofalne skutki, jeżeli chodzi o stan psychiczny dzieci i młodzieży. Co więcej, lockdown w edukacji nie przełożył się na spadek nadumieralności. Czy można zatem uznać, że ta polityka nie miała większego sensu?

Obalając radykalne sądy, sam staram się unikać radykalnych wniosków. Z jednym wyjątkiem – sytuacji dzieci i młodzieży podczas kryzysu pandemicznego. Tu trudno powstrzymać emocje. Uważam, że zatraciliśmy zasadę, wedle której zawsze, w każdej sytuacji, w każdej normalnej społeczności, chronimy przede wszystkim dzieci i młodzież. Według mnie żadnego uzasadnienia nie miało zamykanie szkół, ograniczanie aktywności sportowej czy odbieranie dzieciom ferii zimowych (jak w 2021 r.). A sformułowanie „nauka” zdalna piszę zawsze tylko i wyłącznie w cudzysłowie. Zdalna tak, ale nauka? W momencie kiedy rozmawiamy, temat nie jest zresztą już żadnym tabu, bo pojawia się coraz więcej opracowań naukowych, które pokazują to, co było oczywiste dla zwykłych ludzi – życie zdalne naszych dzieci nie polepszyło sytuacji zdrowotnej całego społeczeństwa, natomiast pogorszyło kondycję fizyczną i psychiczną najmłodszych. Cały czas myślę o tym, że „w imię obrony przed nagłą śmiercią, kazano nam zaprzestać życia”. Na dwa tygodnie, które trwały niemal dokładnie dwa lata. Dwa lata w życiu dziecka to bardzo długi okres i szkoda, że tej grupy społecznej nie wyłączono z całego zamieszania związanego z kryzysem pandemicznym.

rozmawiał Jakub Zgierski


REKLAMA