Rosyjska lista „zagranicznych agentów” ciągle się poszerza. Są na niej nawet cukrzycy i bibliofile…

Władimir Putin. Foto: PAP/EPA
Władimir Putin. Foto: PAP/EPA
REKLAMA

Rosyjskie Ministerstwo Sprawiedliwości regularnie dodaje osoby fizyczne, stowarzyszenia i media do listy „zagranicznych agentów”. Zapisywane są na nią osoby i instytucje, które podpadają Putinowi, a każdy pretekst jest dobry. Obecność na tej liście to niemal synonim „wroga ludu” z czasów komunizmu.

France Info podaje konkretne przypadki wpisywania na taką listę Rosjan. Dziennikarka Majakowska trafiła tam za pracę dla Radio Liberty i posty w mediach społecznościowych. Zawiadomiono ją e-mailem. Na wszystkich publikacjach ma obowiązek umieszczania komunikatu napisanego dużymi literami o treści:

REKLAMA

„TEN MATERIAŁ ZOSTAŁ UTWORZONY I JEST ROZPOWSZECHNIANY PRZEZ ZAGRANICZNE OŚRODKI SPEŁNIAJĄCE STATUS ZAGRANICZNEGO AGENTA LUB ROSYJSKĄ OSOBĘ PRAWNĄ SPEŁNIAJĄCĄ STATUS ZAGRANICZNEGO AGENTA”.

Prenumerata NCZ! z książką GRATIS!

Prawo rosyjskie zobowiązuje „zagranicznych agentów” do podawania swojego „statusu” w każdej publikacji zawodowej lub prywatnej. osobistej. Nawet „w przypadku zamieszczania zdjęć swoich kotów w sieciach społecznościowych” – dodaje Majakowska. Odstępstwo grozi wysoką grzywną, a w przypadku recydywy przewidziane jest wszczęcie postępowania karnego.

Była redaktor naczelna „Forbes” -Rosja, Osetinskaja opowiada z kolei o donosie na nią Aleksandra Jonowa, działacza nacjonalistycznego. Ten zwrócił się do prokuratora generalnego o zbadanie, czy otrzymywała dofinansowanie z zagranicy. Rzecz była prosta, bo Jelizawieta Osetinskaja brała udział w produkcji filmu dokumentalnego „Agents of Chaos” i prowadziła na jego potrzeby wywiady m.in. na Kremlu, za co została opłacona.

Na wszelki wypadek wyjechała w Rosji . Mieszka w Paryżu, gdzie prowadzi kanał „Russkie Norm!”, ale i tu jej filmy na YouToubie zaczynają się od obowiązkowego komunikatu wyświetlanego przez piętnaście sekund. Co trzy miesiące wypełnia formularz, w którym wyszczególnia wszystkie swoje dochody i wydatki.

Dziennikarze rosyjscy, którzy zostali zapisani na listę muszą również dwa razy w roku składać pełne sprawozdanie ze swojej działalności oraz prowadzić spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, która podlega audytowi władz. Osetinskaja przestrzega tych zasad, bo w Rosji mieszkają jej rodzice i chce zachować możliwość powrotu. Dziennikarze rosyjscy dodają, że wpisanie na listę „agentów” powoduje konkretne skutki społeczne. Czują atmosferę podejrzliwości i ostracyzmu środowiska.

Rosyjskie Ministerstwo Sprawiedliwości prowadzi cztery odrębne listy tego typu. Dotyczą stowarzyszeń (lista utworzona w 2012 r.), mediów (2017 r.) i dziennikarzy (od grudnia 2021 r.), stowarzyszeń niezarejestrowanych (2020 r.) i „aktywistów” (2020 r.). Definicja działalności politycznej jest tak niejasna, że ​​w mieście Saratów wciągnięto na listę „Towarzystwo Chorych na Cukrzycę”.

Siedemdziesięcioletni polityk opozycyjny Leonid Gozman trafił na listę jako „agent zagraniczny” za akademickie „honorarium” w wysokości 300 dolarów za opracowanie dla amerykańskiego uniwersytetu. Dla niego ma to konsekwencje zawodowe, bo to z wykształcenia akademicki nauczyciel, a prawo zabrania „zagranicznym agentom” nauczania nieletnich. Leonid Gozman spędził już trzydzieści dni w więzieniu za publikację na Facebooku porównującą stalinowski ZSRR do Niemiec z czasów Hitlera.

Na listę trafiali ludzie, którzy uczyli rosyjskiego obcokrajowców i np. zamieszczali na portalach społecznościowych linki z Radia Wolna Europa. Decyzje rosyjskiego Ministerstwa Sprawiedliwości są nieprzejrzyste. Aby wyjaśnić powó zapisania na listę, trzeba iść do sądu. Niejaka Masza Borzunowa usłyszała w sądzie, że została „zapisana”, bo „​​otrzymała 150 rubli [2,5 euro] od innej koleżanki, która ma… białoruski paszport”.

To nie koniec absurdów. Mieszkaniec Irkucka został trzykrotnie uznany za „zagranicznego agenta”. W szczególności za to, że kierował lokalnym Związkiem Bibliofilów. Dodatkowo obserwował i komentował sondaże wyborcze w imieniu organizacji obywatelskiej. Bywa często, że karani są także krytycy czasów sowieckich.

Kreml w każdy piątek dodaje nowe nazwiska i nazwy organizacji do list. Są tu blogerzy, dziennikarze, politolodzy, historycy, politycy, reżyserzy, niezależne media (te mają później np. problemy z kontraktami reklamowymi). Liczba „zagranicznych agentów” gwałtownie wzrosła od agresji na Ukrainę. Od 1 grudnia nowa ustawa rozszerzy taki status na wszelkie formy zagranicznego „wsparcia” lub „wpływu” już bez finansowych pretekstów.

Źródło: France Info

REKLAMA