
Minister Edukacji, Przemysław Czarnek, twierdzi, że obecnie uczniowie zbyt dużo czasu spędzają w szkole. Polityk chce to zmienić, by dzieci częściej uczestniczyły w zajęciach terenowych i lekcjach, które pomogą im budować relacje społeczne.
Szef Ministerstwa Edukacji i Nauki w rządzie PiSu zapowiedział skrócenie tygodnia nauki o kilka godzin. Uczniowie mają mieć więcej lekcji na świeżym powietrzu i nie chodzi jedynie o zajęcia z Wychowania Fizycznego.
– Należy przejrzeć podstawy programowe wszystkich przedmiotów, zastanowić się, co z nich wyjąć, żeby osiągnąć efekt krótszego tygodnia nauki dla uczniów. W zależności od rocznika, poziomu szkoły, będzie to trzy, cztery albo pięć godzin. Mamy świadomość, że dzieci za długo przebywają na lekcjach – powiedział warszawski polityk.
Minister uważa, że uczniowie powinni mieć w szkole więcej zajęć terenowych i rekreacji. Nad zmianami mają już pracować eksperci.
Szkole potrzebny jest bon edukacyjny, a nie regulacje
Niezależnie od tego, czy Czarnek zdobędzie sympatie uczniów tym, że skróci im godziny nauki, to i tak nie jest to, czego potrzebuje polskie szkolnictwo. Edukacja dzieci w Polsce musi w końcu zostać zabrana politykom i oddana rodzicom, którzy zajmą się nią sami lub powierzą ją nauczycielom, którzy przeprowadzą wybrany program. By tak się stało – trzeba wprowadzić bon edukacyjny zwany także bonem oświatowym.
Co to jest bon oświatowy?
Bon oświatowy, to koncepcja, którą spopularyzował w latach 1950–1980 Milton Friedman. Chodzi o to, by zanim jeszcze szkoły zostaną w pełni sprywatyzowane, rodzice dostawali pieniądze z budżetu państwa w postaci bonu na edukację.
Uczeń lub jego opiekunowie mogą wykorzystać taki bon do opłaty nauki w wybranej przez siebie szkole. Płyną z tego dwie korzyści, które są wartością dodaną dla konserwatystów i wolnościowców.
Konserwatystom powinno spodobać się to, że dzieci wracają pod jurysdykcję rodziców. Bon ucina spekulacje o tym, czy dzieci powinny chodzić na edukacje seksualną, czy na religię. Dzięki bonowi rodzic wyśle dziecko na takie zajęcia, na jakie on chce. W tym momencie to państwo decyduje o tym, czego uczą się dzieci.
Wolnościowcy zaś dostrzegą tu sposób na bezbolesną prywatyzację szkolnictwa. Słowo „prywatyzacja” kojarzy się w Polsce źle dzięki politykierom, którzy przeprowadzali ją na dziko w latach 90-tych. Wolnościowcy bonem edukacyjnym udowadniają, że to przejście może być płynne.