Technika wspomaganego rozrodu

Zapłodnienie in vitro. Zdjęcie ilustracyjne: Pixabay
Zapłodnienie in vitro. Zdjęcie ilustracyjne: Pixabay
REKLAMA

Z mec. Nikodemem Bernaciakiem, analitykiem Instytutu „Ordo Iuris”, o projekcie dotyczącym finansowania in vitro i samym wspomaganym rozrodzie, rozmawia Marta Warda.

Marta Warda: – Porozmawiamy o nowo przyjętym projekcie ustawy o dofinansowaniu in vitro. Zacznijmy od tego – jak właściwie wyglądają koszta takiego procederu?

REKLAMA

Nikodem Bernaciak: Dobrym punktem odniesienia jest tu program in vitro z lat 2013-2016. Wówczas te koszty wynosiły kilkanaście tysięcy złotych za jedną procedurę, natomiast jeśli chodzi o efekty, to można by próbować przeliczać, ile złotych poszło na efekt w postaci urodzenia dziecka – ale do tego jeszcze daleko, więc myślę, że tutaj wszelkie szacunki byłyby niedokładne, zwłaszcza po uwzględnieniu inflacji, która miała miejsce w ciągu ostatnich 8 lat. Pan Bartosz Arłukowicz, który był wówczas autorem tego programu, teraz jest szefem sejmowej komisji zdrowia, więc myślę, że będzie w jakiejś mierze odpowiedzialny za komunikację z nowym rządem, kiedy już zostanie ukonstytuowany. Jakie będą faktyczne wyliczenia – ustalą firmy farmaceutyczne, przedsiębiorstwa medyczne i lekarze. Nie są one jeszcze określone, natomiast same dopłaty wyniosą pół miliarda złotych rocznie.

Poruszył Pan kwestię szans na powstanie nowego życia – więc jak one właściwie wyglądają? Jakie są szanse, że po rozpoczęciu tego procederu dojdzie do urodzenia dziecka?

Biorąc pod uwagę całą pulę ludzkich istnień, które w wyniku tej procedury zostały powołane do życia, szanse na urodzenie dziecka są bardzo niewielkie, ok. 20 proc. Pytanie, co uznajemy za efekt? W medycznej terminologii jest to ciąża biochemiczna, ciąża medyczna, czy ten zarodek w ogóle uda się zagnieździć, czy się rozwinie, no i wreszcie – czy się urodzi. Tak należałoby tę skuteczność liczyć. Niektórzy mówią tu, że w naturze przecież też nie wszystkie zapłodnione zarodki się rozwijają, a czasami kobieta nie wie nawet, że była w ciąży, ale najważniejszy jest w tym wszystkim jednak aspekt etyczny.

In vitro nazywane jest również „leczeniem niepłodności”. W jaki więc sposób dochodzi do tego, że z komórek rozrodczych osoby niepłodnej powstaje nowe życie?

– In vitro absolutnie nie jest metodą leczenia niepłodności, tylko techniką wspomaganego rozrodu. Niepłodność jest oczywiście wieloprzyczynowa, często wynika z takich czynników jak np. styl życia czy używanie szkodliwych substancji (alkohol, nikotyna, narkotyki). To wszystko wpływa na płodność, a zwłaszcza kobiety. Część tych przyczyn możemy wychwycić i zdiagnozować oraz próbować coś z tym zrobić. In vitro jest natomiast sposobem na ominięcie tych przyczyn – jest to po prostu pobranie komórek rozrodczych od kobiety i zapłodnienie tych komórek na szkle, w ogóle nie przejmując się tymi przyczynami. Oprócz tego aspektu wychowawczego jest też aspekt uzależnienia od tego przemysłu, tzn. jeśli osoba, która w ogóle o siebie nie dbała i nie próbowała przyczyn tej niepłodności diagnozować, chce mieć np. drugie dziecko, to znów jedyną opcją jest pójście do tego przemysłu. I to się tak samo napędza.

Jak potem wygląda kwestia stanu zdrowia tego dziecka? Czy boryka się ono z jakimiś problemami zdrowotnymi, genetycznymi?

Jest tu zwiększone prawdopodobieństwo chorób, np. słynny zespół Angelmana ten który, kilkanaście lat temu był przywoływany w różnych publikacjach, że można go czasem rozpoznać dotykowo (nie będę się zagłębiał w szczegóły, bo wokół tej kwestii powstało wiele nieporozumień). To nie jest tak, że każde dziecko z in vitro ma jakieś znaki szczególne – jest  wśród nich wiele takich, którym udało się urodzić w pełni zdrowymi, natomiast szansa na to, że w tej procedurze powołany do życia zostanie człowiek tak samo zdrowy, jak osoba poczęta i urodzona naturalnie, jest faktycznie mniejsza. I to jest powodem, dla którego w każdej procedurze in vitro pobiera się do ośmiu (w Polsce jest akurat limit sześciu) komórek rozrodczych, które się zapładnia, i z których wybiera się jedno, które zasłuży na to, by zostać umieszczone w łonie matki oraz urodzone – właśnie po to, aby zwiększyć prawdopodobieństwo, że dziecko urodzi się zdrowe. Czyli większość tych dzieci jest powoływana do życia tylko po to, aby zostały zamrożone.

Kobiety decydujące się na in vitro spotykają się też z innymi problemami w tej kwestii często dochodzi później do komplikacji przy porodzie.

– Tak. Organizm daje sygnały, że nie był na tę ciążę przygotowany i problemy z porodem są jednym z tego skutków. Oczywiście współczesna medycyna ma bardzo dużo sposobów na poradzenie sobie z tego typu przypadkami, natomiast, również w Polsce, mamy do czynienia z problemem polegającym na tym, że w tym momencie do większości porodów dochodzi na drodze cesarskiego cięcia, co też obniża szanse na kolejne ciąże i udane porody w przyszłości. I to się układa w jedną całość – in vitro przechodzą głównie kobiety starsze, które wcześniej nie skorzystały z szansy na posiadanie dzieci i teraz próbują ratować się ominięciem przyczyn tej niepłodności. No i na starcie słyszą: „możecie mieć dziecko, ale najlepiej jedno, bo potem mogą być problemy przy porodzie kolejnych”.

Nasuwa się też pytanie, jak może to wpłynąć na przyrost naturalny i czy rzeczywiście tak dobroczynnie, jak mówi się o tym w mainstreamowych mediach. Z jednej strony wiąże się to oczywiście z przyjściem na świat nowych ludzi, jednak kobiety, które dostają informację, że będą miały to in vitro finansowane przez państwo, mogą nabrać takiego myślenia: „W takim razie to ja mogę sobie odłożyć to macierzyństwo na, powiedzmy, 40. rok życia, a w międzyczasie zrobić karierę”, co finalnie często kończy się tak, że już nawet in vitro nie pomaga i ta kobieta tak czy siak nie może już mieć dzieci.

– Najprawdopodobniej właśnie taki będzie tego efekt. Pamiętam, że w amerykańskim serialu „House of Cards” była też taka scena, że żona głównego bohatera, grubo po 40-stce, przychodzi do jakiejś lekarki i pyta ją, jak by to mogło być, czy może jednak jeszcze zajść w tę ciążę, bo miała już tyle aborcji, ale teraz chyba przyszedł już czas, bo mąż kandyduje na prezydenta… i no, niestety, okazuje się, że natura tak nas skonstruowała, że warunki przeprowadzenia tej ciąży w zdrowy sposób przypadają na tę wcześniejszą połowę naszego życia. Ten efekt w postaci zachęty do odkładania macierzyństwa na pewno powstanie.

Dziękuję za rozmowę.

REKLAMA