Paweł Zarzeczny: Śmierć i podatki

Dwie rzeczy w życiu są pewne´- śmierć i podatki. Tak mawiał Benjamin Franklin, znany z amerykańskiej prezydentury i chyba wynalezienia piorunochronu. Myśl tę nienową znalazłem w kapitalnej książeczce „Czy można usprawiedliwić podatki” mego kolegi Tomka Sommera.

Otóż książka ta nie jest żartem, lecz formalna praca doktorska (jedyna ciekawa jaką w swym życiu przeczytałem), a promotorem była pani Staniszkis. Nie muszę chyba dodawać, że teza jest tam oczywista – podatki są gwałtem na ludzkości, sprzeczne są z prawami człowieka, biblią, a niebezpiecznie przypominają rabunek lub konfiskatę. Służą też do celów politycznych wykańczając cale klasy społeczne (arystokracje, przemysłowców, rzemiosło etc.). Podatek to przymusowe, niedobrowolne przeniesienie własności, co czyni z nich zwyczajną grabież w imieniu państwa. Ba, można ich nie płacić, lecz z czego utrzymywać powinno się państwo?

Życie z grabieży

Starożytne Ateny´- pisze Sommer – utrzymywały się z grabieży zewnętrznej oraz pracy niewolników, podobnie Rzym, gdzie obywatele nie płacili nic (chyba że dobrowolnie, zatem nie był to podatek!), a jedynie podbijane ludy po 25 procent (gdy ja od lat bulę po 40, czyż nie zaliczam się zatem do ludu podbitego i niewolniczego, bez przerwy grabionego???).

Oczywiście i dziś niektórzy żyją z grabieży (Irak, takie mniej więcej niedomówienie…), ale kogo powinna napaść Polska, żeby dać oddech swym obywatelom – chyba tylko Szwajcaria mogłaby nasze oczekiwania jako tako zaspokoić. Wszelako to fantazja, gdy w rzeczywistości dyskusja o podatkach jest niezbędna, a zmiany konieczne (ale Sommer pięknie kwituje brak jakiejkolwiek dyskusji: osoby tworzące publiczny dyskurs w zasadzie podatków nie płacą, a z nich żyją). Współczesna polityka  to nic innego jak ciągłe pobieranie i dzielenie podatków. No właśnie, co chwila jakiś polityk obiecuje nam zniżki, podatek liniowy, ale de facto kończy się na podatków podwyższeniu, albo na wprowadzaniu podatków ukrytych, albo też fikcyjnych ulgach (jak kupiłem dom zyskałem ulgę na materiały budowlane, by po chwili zapłacić gigantyczny podatek od zakupu nieruchomości, przewyższający wszystkie ulgi całego długiego życia). Do tego nieudolne rządy operują podatkami jak małpa brzytwą, mianowicie zaciągają dług publiczny, będący niczym innym jak zapożyczaniem się na konto przyszłych podatków – no to jak je zmniejszać?

Krwawica

Sommer, za Korwinem-Mikke bodaj proponuje podatek pogłówny, znaczy od każdej głowy i jednakowy, a ja jestem za. Bo znów cierpię z tego tylko powody, że pracuję więcej od innych, wobec czego dzielić się nieustannie muszę z tabunami nierobów lub urzędników, co wychodzi na jedno.

Gdym był młody i głupi bardzo cieszyły mnie słowa mojej księgowej Ani, która autorytatywnie twierdziła, iż jestem w grupie 1 procenta obywateli osiągających najwyższy dochód roczny. Fajnie, ale dopiero z wiekiem dotarło, że państwo zabiera mi 40 procent tej krwawicy, a faktycznie może i połowę. I że prawo skarbowe jest takie, że nie bardzo można zaprotestować – tu bowiem istnieje nie domniemanie niewinności, a domniemanie winy, egzekucja przed postępowaniem sądowym, no, zwykła samowolka (podatki to zinstytucjonalizowana groźba przemocy!), w której obywatel staje się na powrót – niewolnikiem. I to nawet w naszej katolickiej ojczyźnie, gdzie obowiązywać powinno jednak przykazanie: nie kradnij!

Co robić, jak żyć

Ponieważ jak zwykle pod koniec miesiąca pójdę z torbami, w odruchu rozpaczy zadzwoniłem do księgowej. Z pytaniem rozpaczliwym co robić! Ania na to: Hm, dobrze by było, jakbyś się na przykład ożenił… Ożenić? No nie! No to ja już chyba wolę płacić te podatki.

P.S. Mam znajomego, to jeden z najbogatszych ludzi w Polsce, który podatków nie płaci nigdy, a pytany jak to robi, odpowiada – trzeba zarabiać brutto i tak zadziałać, żeby było netto… Hm, ja kombinować nie potrafię. Pewnie dlatego im więcej pracuję tym mniej zarabiam. I pewnie dlatego tak polecam kapitalną zaiste książeczkę Tomka Sommera w  sklep-niezalezna.pl