Stefan Kisielewski zapytany kiedyś przez znajomego lekarza: – Czemu Pan pije? – odpowiedział: – A bo życie nudne. Doktor nie dawał za wygraną: – A po wódce ciekawsze? Kisiel szybko uciął dyskusję: – Nie, panie, ale wymagania się zmniejszają…
Otóż życie Stefana Kisielewskiego było ciekawe nawet bez wódki. Stale był pod czujnym okiem służb bezpieczeństwa PRL, o których pisał w „Dziennikach”: „pracownicy spółdzielni ucho”. Mówiono o nim „błazen”, ale mimo tej etykiety był jednym z najważniejszych przedstawicieli opozycji w PRL-u, tym, który oparł się komunistom i nie kolaborował z nimi – choć korzystał z przywilejów, przydziałów i wysokich nakładów. Był jednym z niewielu twórców, o których Leopold Tyrmand pisał pozytywnie w „Dzienniku”. Wielokrotnie więc planowano tajne rewizje w mieszkaniu Kisiela, aby sprawdzić, czy nie prowadzi działalności na szkodę państwa. W domu u Kisielewskich zainstalowano podsłuch, podobnie w redakcji „Tygodnika Powszechnego”, gdzie Kisielewski pisał – z przerwami – w latach 1945-1989.
Plan
Ze zgromadzonych w IPN materiałów wynika, że 20 sierpnia 1976 zatwierdzony został tajny plan KOMBINACJI OPERACYJNEJ zmiany wizerunku Stefana Kisielewskiego poprzez jego kompromitację moralno-etyczną w Polsce. Plan zasadzał się na znanych służbom bezpieczeństwa informacjach o planowanej wizycie Kisielewskiego w Krakowie. Redakcja „Tygodnika Powszechnego” uprzednio dokonała rezerwacji pokoju dla Kisielewskiego w hotelu „Cracovia” na dni 29-31 października 1976 roku. Punktem wyjścia planu operacyjnego była znana wszystkim skłonność Kisiela do nadużywania alkoholu, liczono więc, że autor popularnych felietonów do „Tygodnika Powszechnego” po kilku głębszych utraci kontrolę nad własnym postępowaniem. Zasadniczy cel całej operacji służb – kompromitacja Stefana Kisielewskiego – miał się odbyć poprzez wykorzystanie pobytu Kisiela w restauracji hotelu „Cracovia” w zaplanowanym terminie, gdzie miano sprowokować go do embarrasujących zachowań lub wywołać incydent, który uzasadniałby interwencję funkcjonariuszy MO. W dalszej perspektywie mialo nastąpić dowiezienie Kisielewskiego do izby wytrzeźwien, a także skierowanie wniosku do kolegium d/s wykroczen. Przypadkiem na miejscu mógł się zjawić fotoreporter, a sprawę miały udokumentować media.
Zasadzka w „Cracovii”
Organizacyjne zgranie spisku nie było wcale łatwe. Wymagało użycia wielu tajnych współpracowników pozostających w dyspozycji Wydzialu „B”. Nie wystarczyło skierowanie Kisiela do pokoju zabezpieczonego podsłuchem, aby śledzić, czy z kimś nie rozmawia. Dla powodzenia akcji istotna była także kontrola całego hotelu po uprzednim „przygotowaniu” restauracji, obsadzenie zmian tam, gdzie spodziewano się wizyty Kisielewskiego, obserwacja zewnętrzną hotelu i restauracji oraz informowanie o krokach podjetych przez figuranta, gdyż tak zwykle SB nazywało cele operacyjne. Zarządzono także radiową analizę on-line spływających informacji od osób pełniących służbę w „Cracovii”. W ten sposob stworzono warunki do realizacji zadania. Naczelnik IV wydzialu SB, ppłk J. Biel, w porozumieniu z oficerami MO ustalił zasady współdziałania służb mundurowych, co miało przyczynić się do szybkej interwencji patrolu milicyjnego, który miał czekać nieopodal na ustalony znak, aby jak najlepiej zrealizować cel misji, czyli kompromitację Kisiela. Biel zwrócił uwagę, że zdaniem oficerów SB, użycie służb mundurowych było niewskazane z powodu ryzyka dekonspiracji. Kisiel najzwyczajniej mógł poznać ludzi, którzy się za nim permanentnie kręcili.
Przyspieszyć torsje
SB miało wpłynąć na zatrudnionych w restauracji kelnerów, którzy byli odpowiedzialni za obsługę Stefana Kisielewskiego, i powinni serwować mu alkohol w sowitej
dawce, gdy tylko go sobie zażyczy. Przykazano im, by nie oszczędzali wódki. Ale to nie wszystko – Wydział II departamentu IV zapewnił dostarczenie środka przyspieszającego działanie alkoholu, a również czynnika na wywołanie „torsji”. Dodatkową częścią planu miało być informowanie gości, że przy sąsiednim stole siedzi znany dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”, z którym zawsze są kłopoty, bo za dużo pije, zanieczyszcza lokale, nie chce płacić rachunków, wywołuje awantury z poderwanymi na boku panienkami. Kluczową kwestią miało stać się współdziałanie dwóch młodych kobiet, będących na kontrakcie SB: tajnej współpracownik ps. „Danka” oraz tajnej współpracownik ps „Miła”. Ich zadaniem było zajęcie stolika w sąsiedztwie Stefana Kisielewskiego, prowokowanie go do nawiązania znajomości i celowe wywołanie awantury z powodu obraźliwych słów lub propozycji czynionych przez Kisiela. Obie TW dostały od służb specjalnych zielone światło, aby posunąć się do rękoczynów. Jedna niby miała być napastowana, druga natomiast miała posłużyć jako świadek dla MO przy ewentualnym aresztowaniu Kisielewskiego. Obie Panie zostały wnikliwie zapoznane z charakterystyką Kisielewskiego, prócz tego pokazano im jego zdjęcie, aby nie było żadnych nieporozumień. Bezpośrednio na miejscu miały zostać poinformowane o jego obecności i o rozpoczęciu akcji.
Jak to się skończyło?
Kisielewski miał wejść, usiąść przy stoliku, zamówić wódkę i czytać gazetę. Pod chętnego do rozmów i podchmielonego już Kisiela podczepiają się TW „Danka” i TW „Miła”, wywołując awanturę z rękoczynami i wulgaryzmami, w tym czasie kelnerzy wzywają MO, a do chwili przybycia milicji panie TW przyczyniają się do zaostrzenia incydentu, nadając mu rozgłos, aby cała restauracja widziała, co się właśnie dzieje. Incydent miał wypłynąć nazajutrz w mediach. A Kisiel miał mieć sprawę na kolegium. Jak się to wszystko skończyło? Pomyślnie dla Kisiela – na szczęście odwołał wizytę. Gdyby komunistom udawało się wszystko, co zaplanowali, kto wie, jak by dziś wyglądała rzeczywistość. „Kłamstwo wynika ze zwątpienia w atrakcyjność prawdy” – pisał Kisiel. Stefan Kisielewski z uporem maniaka zwracał uwagę na to, że działania PZPR bardziej przypominały sposób funkcjonowania mafii niż partii politycznej. „Mafijna” polityka prowadzona przez partie komunistyczne zasadzała się na nieformalnych powiązaniach, często rodzinnych. Komuniści od początku znakomicie łączyli bandytyzm z „ideowością” i po dziś dzień – zupełnie jak mafi a – zacierają ślady po swych czynach.