
Do kuriozalnych sytuacji dochodzi w Sądzie Najwyższym, gdzie istnieje wyraźna linia podziału pomiędzy „starymi”, a „nowymi” sędziami, Tym ostatnim nie podaje się ręki.
Środowisko sędziowskie z zasady nie lubi PiS, w związku z tym sędziowie, którzy zostali mianowani w czasie rządów tej partii, są traktowane przez środowisko z wyraźną rezerwą.
To dotyczy nie tylko Sądu Najwyższego, gdzie podziały są najwyraźniejsze, ale także sądów powszechnych (sądy rejonowe, okręgowe i apelacyjne).
Za Sądem Najwyższym i w ogóle za polskim sądownictwem ciągnęło się dotąd latami odium „komunistycznych sędziów”, co dało słuszny powód do przeprowadzenia reform w sądownictwie.
Te reformy zostały zahamowane przez KE i miękką postawę PiS, który się przestraszył i odstąpił od podstawowej zasady, że sprawy sądownictwa są wewnętrzną sprawą członkowskiego kraju i są poza kompetencjami Unii.
W efekcie stary układ w sądownictwie się umocnił i ignoruje nowych sędziów, uważając ich za karierowiczów z pisowskiego nadania, a siebie za prawdziwych sędziów SN.
Jaki jest ten stary układ SN, to świadczy przypadek Pawła M., który został wydalony z zawodu przez Sąd Apelacyjny z kradzież wiertarki, a przez SN został przywrócony do zawodu. Nie jest to jedyny taki przypadek.
Nie ulega wątpliwości, że gdyby PiS stracił władzę, to natychmiast jego sądowe reformy zostałyby uznane za „niekonstytucyjne” i wszyscy nowi sędziowie en bloc zostali usunięci z SN.
Źródło: „Rzeczpospolita”