
Ilość fałszywych alarmów w dwóch pierwszych miesiącach bieżącego roku była wyższa niż w całym roku 2018. W ich trakcie służby zmuszone były do ewakuacji kilkudziesięciu tysięcy ludzi. Możliwe, że ktoś testuje w ten sposób nasze służby.
W styczniu i lutym tego roku polskie służby odebrały ponad 300 fałszywych zawiadomień o podłożonej bombie. To więcej niż w całym roku 2018 i gwałtowne odwrócenie spadkowego trendu w ilości zgłoszeń jaki widać było w ostatnich latach. W związku z alarmami ewakuowano ponad 40.000 osób.
Informacje na ten temat uzyskał poseł PO Krzysztof Brejza, który wystąpił o ujawnienie tych liczb do Państwowej Straży Pożarnej.
Dziennikarze „Faktu” próbowali uzyskać od szefa MSWiA Joachima Brudzińskiego informacje na temat działań jakie zostały podjęte w kwestii wyjaśnienia przyczyn gwałtownego wzrostu fałszywych alarmów bombowych. Ten odesłał ich do rzecznika policji, Mariusza Ciarki, który zamiast odpowiedzi pochwalił się spadkiem ilości takich przypadków w 2018 roku.
– Sprawą powinna zająć się ABW. Wyjaśnienie tego powinno być priorytetem dla kilku ministrów rządu, na czele z MSWiA i ministrem koordynatorem ds. służb – mówi Brejza.
Anonimowi rozmówcy „Faktu” twierdzą, że wysoce prawdopodobny jest scenariusz w którym za zgłoszeniami stoją służby obcego państwa. Zbierają w ten sposób wiedzę na temat procedur obowiązujących w takich sytuacjach i metodach prowadzenia ewakuacji.
– Wiele wskazuje na celowe testowanie zdolności reakcji polskich służb, rozpoznanie ich możliwości – mówi nam wysoki rangą oficer policji.
– Od dawna mieliśmy sygnały, że informacje są wysyłane z Rosji i byłych krajów Wspólnoty Niepodległych Państw – dodaje inny, były już funkcjonariusz policji.
Za zgłoszeniami mogą stać także potencjalni terroryści.
Źródło: „Fakt”