
Para łódzkich policjantów nie nagrała swojej interwencji, mimo że mają taki obowiązek. Tłumaczyli się, że wyczerpały im się baterie w kamerkach. To tłumaczenie było na równi nieprawdziwe, co naiwne. Teraz mają problemy.
Policyjny patrol został wezwany do interwencji. Nieznany mężczyzna chciał zgwałcić studentkę. Każdy z policjantów ma przy sobie osobistą kamerkę, która nagrywa interwencję. Okazało się, że żadna nie była włączona.
Rzecznik łódzkiej policji tłumaczyła, że wszystko to przez wyjątkowe pechowe jednoczesne wyczerpanie się baterii w obu kamerkach. To oświadczenie Joanny Kąckiej z łódzkiej policji mogło wzbudzić podejrzenie.
Sprawa miała dalszy ciąg, ponieważ poszkodowana studentka p. Aleksandra opisała w internecie tę sprawę, skarżąc się na obcesowe zachowanie policjantów.
– Pan Policjant krzyczał na mnie, że zamiast robić sceny, to może lepiej bym się wychyliła przez okno i wyglądała za sprawcą – relacjonowała.
W związku z tym postanowiono sprawdzić zapis z kamerek tego zdarzenia. Okazało się, że nagrań nie ma.
– Patrol pracował od godziny 19 w niedzielę. Do zdarzenia doszło około 5:30 w poniedziałek. Niestety, w obu urządzeniach zabrakło zasilania. Pech jest taki, że to była jedenasta godzina służby – powiedziała rzecznik łódzkiej policji.
Wątpliwości co do tego pechu miała łódzka prokuratura, która zabezpieczyła kamery i przekazała je do badania.
Urządzenia zostały przekazane do dystrybutora, bo tylko on dysponuje technicznymi możliwościami odczytu danych z kamer. Dystrybutor na polecenie prokuratury odczytał dane z obu urządzeń, stwierdzając, że żadnej tajemniczej i wyjątkowo pechowej awarii nie było. Bo chociaż baterie faktycznie były już słabe, to urządzenia pracowały.
– Z otrzymanych przez nas ekspertyz wynika, że oba urządzenia w czasie interwencji były włączone i pracowały w trybie buforowania. Wszystko wskazuje na to, że nie doszło do naciśnięcia guzika nagrywania. Ekspertyza wykazała też, że nikt nie próbował ingerować w to, co zapisało się na karty pamięci. Ale żeby filmów nie było, wcale nie trzeba było tego robić – tłumaczy Krzysztof Kopania z łódzkiej prokuratury.
Nie wiadomo dlaczego policjanci przedstawili zatem naiwną wersję o rzekomo rozładowanych bateriach.
Niedoszły gwałciciel został złapany. Okazało się, że zaatakował jeszcze dwie inne kobiety. Na szczęście bezskutecznie.
Źródło: tvn24.pl