Przykład idzie z góry! Urzędnicze nagrody z ostatnich miesięcy

REKLAMA

– W trudnych czasach, w których Polacy muszą mocno zaciskać pasa, w których rosną opłaty, podatki i koszty utrzymania, administracja powinna pokazać, że też oszczędza u siebie. Powinno się ograniczyć skalę przyznawania nagród, tak jak dzieje się to w sektorze prywatnym – tylko dla najlepszych – stwierdził na antenie RMF FM prof. Krzysztof Rybiński.

Ten pogląd teoretycznie podziela sam premier Tusk, który zrugał marszałek Ewę Kopacz za przyznanie Prezydium Sejmu (w praktyce: sobie i podległym wicemarszałkom) prawie 250 tys. zł nagrody. – Nie możemy sobie dawać nagród, gdy nie możemy dać ludziom podwyżek. Przynajmniej tyle politycy muszą zrozumieć – stwierdził w rozmowie z dziennikarzami. Gładką wypowiedź szefa rządu stępił jego rzecznik. Paweł Graś rozrzutność marszałek Sejmu usprawiedliwił… tradycją. – Pamiętajmy, że [przyznawanie nagród] to rozwiązanie, z którego korzystali przez ostatnie lata wszyscy marszałkowie, wicemarszałkowie, członkowie prezydium – stwierdził. I rzeczywiście! Sam rzecznik zainkasował 12,5 tys. zł nagrody niespełna rok przed „aferą premiową” Ewy Kopacz.

REKLAMA

Również Donald Tusk jako członek Prezydium Sejmu (2002-2005) przyjął w sumie 180 tys. złotych nagród. Można założyć, że premier broniłby się, twierdząc, że było to w czasach, gdy Polską nie telepał kryzys, a i on sam był innym człowiekiem (paradoksalnie uważał się np. za gospodarczego liberała).

Jednak ordynarnym kłamstwem okazały się zapewnienia premiera o „nienagradzaniu osób na najwyższych stanowiskach, od kiedy pozostali urzędnicy mają zamrożone płace, tj. od 2009 r.”. Jak wyliczył „Dziennik Gazeta Prawna”, to z inicjatywy szefa rządu tylko w ubiegłym roku sowite nagrody dostało prawie 40 wiceministrów, wojewodów i ich zastępców…

Gdy oblężone przez dziennikarzy Prezydium Sejmu zdecydowało się na kapitulację i obiecało (ale czy dotrzymało słowa?) przeznaczyć nagrody na cele charytatywne, do opinii publicznej przebiły się doniesienia o innych „budzących emocje” nagrodach dla organów władzy. Marszałek Senatu Bogdan Borusewicz otrzymał za pracę w 2012 roku 50 tys. zł premii. Jego zastępcy otrzymali po ok. 27 tys. zł. Prawie milion złotych trafił do kieszeni kierownictwa Kancelarii Sejmu (urząd wspierający pierwszą izbę parlamentu w zakresie prawnym, organizacyjnym, doradczym, finansowym i technicznym). Lech Czapla, szef kancelarii, otrzymał ponad 65 tys. zł. Jego zastępca, Jan Węgrzyn, ponad 56 tys. zł, a dyrektorzy poszczególnych biur (Analiz Sejmowych, Obsługi Posłów, Domu Poselskiego itd.) dostali łącznie ponad 854 tysiące. Cieszący się rekordowym poparciem społecznym Bronisław Komorowski również nie oszczędzał na swoich pracownikach. Do portfeli urzędników Kancelarii Prezydenta trafiło ok. 570 tys. zł. To i tak mniej niż w roku 2011, gdy pracownicy głowy państwa rozdzielili między siebie blisko 700 tys. zł. Warto przypomnieć, że Komorowski w czasach, gdy był marszałkiem Sejmu, przyznał sobie i podległym wiceministrom ponad 305 tys. zł premii. Swoją hipokryzję odsłonił również Tomasz Nałęcz, doradca prezydenta i jego „usta” (to on najczęściej wypowiada się w mediach w imieniu Komorowskiego), gdy skrytykował na antenie Radia Zet „szokujące” nagrody Prezydium Sejmu. Tydzień później tenże urzędnik bronił ok. 30 tys. zł nagrody, którą sam zainkasował! – Każdemu pracownikowi jest chyba miło, gdy dostanie premię – stwierdził Nałęcz. Nagrody trafiły także do pracowników Ministerstwa Finansów. Jacek Rostowski lekką ręką wydał na premie w 2012 roku prawie… 20 mln zł. Pieniędzmi podzieliło się 1913 urzędników. Radosław Sikorski rozdzielił w resorcie spraw zagranicznych ok. 10 mln zł.

– To jest zupełnie nieakceptowalne, że nagroda traktowana jest jako trzynasta pensja. Czy się stoi, czy się leży, to nagroda się należy – grzmiał w RMF FM prof. Rybiński. Ale czy należy się dziwić kierownictwu Zakład Ubezpieczeń Społecznych, które w 2012 rok nagrodziło 47 tys. pracowników łączną kwotą prawie 212 mln złotych skoro to samo – tyle że na mniejszą skalę – robi premier, prezydent, marszałek sejmu, ministrowie…?

1,8 mln premii dla 280 urzędników warszawskiej centrali NFZ, 2,1 mln zł dla 606 pracowników urzędu marszałkowskiego w Białymstoku itd. itd. Łącznie ponad 100 mln zł premii dla 15 tysięcy urzędników pracujących w samych tylko urzędach centralnych. W państwie postkolonialnym każdy orze jak może…

REKLAMA