Sibiga: Urlopy macierzyńskie czyli ukłon w stronę biurokracji

REKLAMA

17 marca br. weszła w życie ustawa o przedłużonych urlopach macierzyńskich – połączenie macierzyńskiego i rodzicielskiego daje teraz w sumie rok płatnego zwolnienia z pracy z tytułu urodzenia dziecka. Czy każda kobieta wydająca na świat potomka na tym skorzysta? Okazuje się, że nie. Przywilej dotyczy tylko pań zatrudnionych na umowę o pracę. W polskich warunkach chodzi głównie o kobiety zatrudnione przez państwo.

Jak wiadomo, o etaty najłatwiej w państwowych instytucjach, urzędach itp. Pracodawcom prywatnym nie opłaca się zatrudniać na stałe prawie nikogo, a co dopiero kobiety mające w planach urodzenie kilkorga dzieci. Premier w swoim hojnym geście zapomniał zupełnie o tych pracujących dorywczo, na umowę o dzieło, zlecenie, w ramach wolontariatu lub o takich, które z powodu ciąży w ogóle nie zdążyły podjąć pracy albo po prostu nie mogły jej znaleźć.

REKLAMA

Powiedzmy sobie wprost: w obecnym kształcie systemu zatrudnienia taka ustawa dodatkowo utrudni kobietom, nawet tym bezdzietnym, znalezienie pracy. W efekcie pracownice budżetówki i urzędów będą trzymać się mocno, a pań, które dopiero co zaczynają życie zawodowe, wystraszeni pracodawcy będą unikać jak ognia, zwłaszcza
tych w stanie błogosławionym. Niestety, dzięki obowiązującemu w Polsce systemowi podatkowemu, kobieta w ciąży przynosi ekonomicznie same straty – najpierw są urlopy, a po nich praca matki, posiadającej małe dzieci, jest mało efektywna: ciągłe urlopy, zwolnienia. Takie sytuacje po prostu nie mogą mieć miejsca w prywatnym
przedsiębiorstwie, gdzie ważny jest sensowny rachunek ekonomiczny. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zatrudni w swojej firmie nawet wykształconej i operatywnej kobiety, jeśli będzie ona średnio co dwa lata znikać na okres około 20 miesięcy (zwolnienie w czasie ciąży plus urlop macierzyński), dodatkowo dochodzą jeszcze zwolnienia lekarskie na dziecko w czasie chorób.

Firmy prywatne muszą się liczyć z utrzymaniem na rynku, w państwowych nikt się tym nie przejmuje – tam obecność lub absencja danego pracownika nie robi większej różnicy dla funkcjonowania całego urzędu, nikt też nie zastanawia się nad dochodowością i rentownością danej instytucji. Przedłużone urlopy macierzyńskie dodatkowo obciążą budżet państwa, a przecież nie rozwiążą problemu kobiet spodziewających się dziecka. Urzędniczka podczas urlopu macierzyńskiego będzie pobierać wynagrodzenie, podczas gdy kobiecie nigdzie nie zatrudnionej – z tytułu urodzenia dziecka – nie przysługuje nawet ubezpieczenie zdrowotne, chyba że jest zarejestrowana w Urzędzie Pracy jako osoba bezrobotna lub podpięta pod ubezpieczenie męża. Dodatkowo pozostaje ona tylko na utrzymaniu ojca swoich dzieci, którego pensja – i tu leży istota problemu – obciążona jest podatkami na pokrywanie kosztów m.in. niepotrzebnych etatów urzędniczych.

Jak więc inaczej można nazwać taką sytuację, jeśli nie ukłonem premiera w stronę rozbudowanej biurokratyczno-urzędniczej machiny w celu zaskarbienia sobie jej wdzięczności, która co kilka lat może mu pomóc przy wyborczych urnach…

REKLAMA