UJAWNIAMY. Prawda o ściekach w Wiśle. Warszawiacy nic się nie stało czy katastrofa ekologiczna?

Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Wikimedia
Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Wikimedia
REKLAMA

Kampania wyborcza w Polsce nabiera rumieńców, a najnowszym wiodącym tematem politycznej wojny są ścieki w Wiśle. I jak zwykle w takich przypadkach, jedna strona wybiela sprawę na swoją korzyść, a opozycja wobec niej krzyczy o kompletnej katastrofy. Jak jest naprawdę?

Politycy głównego ścieku jak przystało żyją od rana sprawą ścieków w Wiśle. Te zostały zrzucone do rzeki na wysokości Młocin, a jak mawiał klasyk „woda ma to do siebie, że się zbiera i stanowi zagrożenie, a potem spływa do Bałtyku”, więc tam właśnie wędrują ścieki z Warszawy.

REKLAMA

Z jednej strony mamy informacje o katastrofie ekologicznej – taką wersję lansują politycy związani z obozem rządzącym, z drugiej strony Rafał Trzaskowski zapewnia, że nic się nie stało. Oczywiście stało się i wystąpiła sytuacja kryzysowa, choć póki co faktycznie nie ma powodów do siania paniki.

Zrzut ścieków odbywa się na wysokości Młocin, czyli – patrząc na bieg Wisły – u „wylotu” z Warszawy. Tymczasem ujęcia wody na potrzeby bytowe znajdują się kilka kilometrów w górę rzeki. Są więc niezagrożone, o ile woda w Wiśle nie zawróci nagle biegu – przekonuje na swym blogu Cezary Pyszny.

Zrzut ścieków do rzeki jest normalną procedurą awaryjną, w przypadku kiedy oczyszczalnia ścieków sobie z nimi nie radzi. Takie rozwiązanie jest o tyle lepsze, że powoduje zrzut ścieków do rzeki w krótkim czasie, a pozwala na uniknięcie większego uszkodzenia oczyszczalni ścieków i potrzeby wykonywania zrzutów przez czas kilkunastokrotnie dłuższy.

(…) jeśli do oczyszczalni, w której jest awaria, dostarczymy ścieki, to ryzykujemy zniszczeniem biomasy mikroorganizmów, która będzie odbudowywać się nie w ciągu kilku dni, ale tygodni – nawet do miesiąca – przekonuje Pyszny. Ekspert przytacza też trzy warte odnotowania fakty:

Po pierwsze ścieki w ilości 3 metrów sześciennych trafiają do Wisły, która przy obecnym niskim stanie ma przepływ na poziomie ok. 200m3 na sekundę. To oznacza, że ścieki rozcieńczają się niemal 70-krotnie. Oczywiście nadal Wisłą płynie syf, ale dużo rzadszy niż się większości wydaje.

Po drugie Płock jest od Warszawy oddalony o jakieś 100 km. Zanieczyszczenia biologiczne mają natomiast taką właściwość, że w rzece również będą się rozkładać samoistnie, choć powoduje to oczywiście z czasem pogorszenie jakości wody. (…) W Płocku powinni się raczej obawiać tego, że na brzeg wypłyną podpaski i tampony, a nie stolec.

Po trzecie: do roku 2012 w Warszawie znaczna część ścieków była zrzucana do Wisły bez oczyszczania, co było niemiłosiernym skandalem, jednak Płocczanie z tego powodu nie pili wyłącznie wody butelkowanej do roku 2012.

Jak widać kolejny raz dość poważny temat wykorzystywany jest w czasie kampanii wyborczej do walki politycznej. Prowadzi to krótkoterminowo do szukania rozwiązań na szybko, niekoniecznie skutecznych, ale takich które będą dobrze wyglądały w oczach opinii publicznej. Długoterminowo natomiast takie krzyczenie o „katastrofie ekologicznej”, nadużywane zwykle przez ekosekty z lewej strony, sprawi że kiedy nadejdzie prawdziwa tragedia, nikt nie będzie się przejmował takimi hasłami.

REKLAMA