
Były już mer miasta La Chapelle-aux-Filtzméens (departament Ille-et-Vilaine) we Francji został skazany na 4 miesiące więzienia w zawieszeniu za zgłoszenie fałszywego alarmu o podłożonej bombie. Polityk podjął takie działania, żeby nie spóźnić się na pociąg.
Fałszywe zgłoszenia tego typu są na ogół domeną nastolatków. Bywały już telefony o podłożonych bombach celem uniknięcia zajęć szkolnych, czy po prostu głupie żarty. Wybrany przedstawiciel władzy powinien mieć jednak więcej rozsądku i dawać raczej dobry przykład.
W marcu tego roku merowi groziło, że spóźni się na pociąg. Poinformował więc policję, że na dworcu kolejowym w Rennes podłożono bombę. Dworzec ewakuowano, bomby nie znaleziono. Na pociąg zdążył, bo ruch pociągów wstrzymano na 2 godziny (spóźniło się wówczas 8 pociągów TGV i jeden skład lokalny).
Co z tego, kiedy mer okazał się zupełnym amatorem, bo podniósł alarm korzystając ze swojego osobistego telefonu komórkowego. Został więc szybko namierzony i jego sprawa trafiła do sądu. Po ujawnieniu jego głupoty, polityk zrezygnował z pełnionej funkcji.
Adwokaci tłumaczyli jego działania depresją i „wypaleniem zawodowym” oraz tym, że tego dnia zażył wpływające na zdolność rozumowania medykamenty. Sąd uznał jednak mera winnym i skazał na 4 miesiące więzienia w zawieszeniu.
Źródło: France Bleu