Dlaczego premier Morawiecki pobłądził? Na marginesie szczytu klimatycznego w Madrycie

Mateusz Morawiecki/fot. PAP/Marek Zakrzewski
Mateusz Morawiecki/fot. PAP/Marek Zakrzewski
REKLAMA

„Walka o klimat” to obecnie czołowe hasło, które ma narzucić ludzkości jakieś globalne cele. Jej zwolennicy, od Grety Thunberg, po Johna Kerryego, grają na emocjach, tworzą obraz światowej grozy, wykorzystują idealizm młodzieży.

Kiedy na scenę wychodzi „technokrata” Mateusz Morawiecki i na szczycie klimatycznym COP25 w Madrycie zaczyna mówić, że „Polska może się podejmować kolejnych wysiłków w zmianie swojego systemu energetycznego i zmniejszania emisji, ale musimy mieć za to odpowiednią rekompensatę” – wychodzi na „drobnego cwaniaczka”, który chce na tej „szlachetnej” idei po prostu zarobić.

REKLAMA

– Nie idźcie tą drogą – chciałoby się podpowiedzieć partii rządzącej. Udział w klimatycznej hucpie i próby jej reformowania od środka są z góry skazane na porażkę. Wszak jeśli wpadłeś między wrony, będziesz krakał jako i one.

I nic nam nie pomoże, że premier podkreśla, iż należy zwracać uwagę nie tylko na to ile poszczególne państwa UE emitują dwutlenku węgla, ale również jaki poziom CO2 jest konsumowany na głowę mieszkańca, bo nie o fakty tu chodzi, ale o… ideologię.

Sam premier Morawiecki chyba o tym wie i zdaje sobie sprawę z donkiszoterii „walki klimatycznej”, bo mówi, że „z jednej strony Polska redukuje swoje emisje, UE również, ale w tym samym czasie wielokrotnie więcej, około 50 razy więcej nowych emisji pojawia się w innych częściach świata”.

Tylko po co w to brniemy? W dodatku, kiedy Morawiecki mówi o „kosztach transformacji” i o tym, że „musimy mieć za to odpowiednią rekompensatę”, to wychodzi na egoistycznego i pazernego polityka. A w dodatku przy słabości rządu na arenie międzynarodowej, po prostu go przerobią i pozostanie tylko czepianie się rękawa USA, przynajmniej do momentu, kiedy rządzi jeszcze „klimatosceptyczny” Donald Trump.

 

REKLAMA