REKLAMA
Strona główna Rozrywka Życiowy dramat gwiazdy disco polo. Marcin Miller rozpłakał się, gdy zadzwonił telefon

Życiowy dramat gwiazdy disco polo. Marcin Miller rozpłakał się, gdy zadzwonił telefon

Marcin Miller (Boys). / foto: YouTube
Marcin Miller (Boys). / foto: YouTube
REKLAMA

– Marcin, twój tata umiera. Zawracaj natychmiast, bo cię nie pozna. Już teraz ma problemy z rozpoznaniem kogokolwiek – to słowa, które usłyszał Marcin Miller w drodze na jeden z koncertów. Jak się okazuje, życie gwiazdy disco polo wcale nie było usłane różami.

„Jestem szalony” – to tytuł książki, która niedawno pojawiła się na rynku wydawniczym. Biografia Marcina Millera, lidera zespołu Boys w wielu elementach mocno zaskakuje.

Wspomnienia muzyka to w większości ogólniki opatrzone zdjęciami. Trzeba być na prawdę wielkim fanem disco polo, aby zrozumieć co chciał przekazać Miller.

REKLAMA

Jednym z ciekawszych elementów opowieści są wspomnienia z pierwszych koncertów granych przez grupę Boys. Wówczas nie były to wielkie, nowoczesne sale koncertowe.

Kiedyś występowałem z chłopakami w pomieszczeniu, które w połowie było salą taneczną, a w połowie magazynem, w którym znajdowały się maszyny rolnicze. Nie wiedziałem o tym, że za sceną jest kotara zamiast ściany. Chciałem się oprzeć, przekonany, że opieram się o ścianę i spadłem w tumany kurzu. Co ciekawe, moja głowa znajdowała się jakieś 30 centymetrów od tych maszyn. Pomyślałem potem: „Boże, gdybym tak spadł w te pługi i brony, mógłbym już nie żyć”. Tam na górze ktoś nade mną jednak czuwa – wspomina.

Pierwszym, dużym sukcesem zespołu było wydanie płyty „O.K” w 1997 roku. Oficjalnie sprzedało się blisko milion egzemplarzy, nieoficjalnie mówi się o kilku milionach. Niestety, jak to w życiu bywa, po sukcesach często przychodzą porażki. Życiową tragedią była dla Marcina Millera śmierć ojca.

„Marcin, twój tata umiera. Zawracaj natychmiast, bo cię nie pozna. Już teraz ma problemy z rozpoznaniem kogokolwiek”, powiedziała. Kazałem zatrzymać samochód. Wyszedłem z auta i zadzwoniłem do organizatora koncertu. Mówię: „Muszę wracać”. On na to: „To zagraj ten koncert, a ja odwiozę cię do Opola prosto do szpitala. Rano będziesz na miejscu”. I tak było – opisuje.

A dalej: – Gdy zmarł, musiałem kupić dla niego garnitur do trumny, buty… Pierwszy raz znalazłem się w takiej sytuacji. Pamiętam, jechałem wtedy pod prąd, zatrzymała mnie policja. Gdy policjant usłyszał, że zmarł mi tata, wyrzucił mandat i jedynie pouczył, bym uważał na drodze. Wróciłem do domu z tymi rzeczami. Mama płakała. Czas mija, ale tęsknota zostaje.

Więcej w książce „Jestem szalony”.

REKLAMA