
47-latka zgłosiła się do oddziału ratunkowego z silnym krwotokiem z gardła. Zmarła w godzinę po wyjściu z SOR-u. Mogła żyć, przegrała walkę z SOR-em – mówi jej córka.
47-letnia kobieta, pani Małgorzata, w zeszłym roku stoczyła zwycięską walkę z rakiem. Przeprowadzona w wakacje biopsja wykazała, że jest zdrowa.
Po pobraniu wycinków do badań pojawiły się komplikacje, czyli krwotoki z gardła.
Było względnie dobrze do pierwszego krwotoku w czwartek (…) Jednak krwotok powtórzył się w niedzielę. Kolejny w poniedziałek (…) Mama prosiła, żeby dzwonić na pogotowie. Dławiła się krwią – opowiada jej córka, Karolina.
Kobieta została zawieziona na SOR. Tam dwukrotnie pobierano jej krew, jak twierdzi p. Karolina, za pierwszym razem nie przewieziono jej do badań i skrzepła.
Po ośmiu godzinach na oddziale ratunkowym kobietę wypisano do domu, gdzie zmarła po godzinie. Tu pojawia się rozdźwięk między wersją dyrekcji szpitala i rodziny. Zdaniem zastępcy dyrektora ds. lecznictwa kobiecie zaproponowano pozostanie na obserwacji, ale ta odmówiła. Według córki taka propozycja nie padła.
Brak tych dokumentów, o których mówił zastępca dyrektora, potwierdza rozmowa z lekarzem, który zajmował się pacjentką. Badałem ją dwukrotnie, nie stwierdziłem czynnego krwotoku. Nie było spadku morfologii, który by świadczył, że w tym czasie jest jakieś krwawienie wewnętrzne. Rozmawiałem z nią długo. Mówiłem, że u nas w szpitalu nie ma laryngologii, że mogę ją przesłać do Sosnowca na laryngologię, która pełni ostry dyżur – mówi Józef Kocoń.
Źródło: Uwaga! TVN / wprost.pl








