Państwowa służba zdrowia. Czekał na pomoc tak długo, że zgłoszono jego zaginięcie. Zmarł trzy dni później

zdj. ilustracyjne SOR. Foto: Facebook
zdj. ilustracyjne SOR. Foto: Facebook
REKLAMA

Rzecznik Praw Obywatelskich podjął sprawę pacjenta, który czekał w szpitalu na pomoc tak długo, że placówka zgłosiła jego zaginięcie. Chodzi o 70-latka, którego po kilku godzinach policja znalazła tam, gdzie zostawili go ratownicy. Był już w bardzo ciężkim stanie i zmarł trzy dni później.

Sprawę z grudnia ubiegłego roku, która wydarzyła się w Mazowieckim Szpitalu Specjalistycznym w Radomiu, w piątek opisała radomska „Gazeta Wyborcza”. Tego samego dnia Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar poinformował o tym, że się nią zajmuje. – Rzecznik pyta prezesa szpitala o informacje w tej sprawie, jak i o działania w celu wyeliminowania takich sytuacji w przyszłości – podano na stronie RPO.

Jak opisuje „GW”, gdy 70-letni pan Władysław po raz pierwszy został zawieziony do ambulatorium przy szpitalu (czuł się źle i wymiotował), nie zlecono żadnych badań i wypisano pacjenta do domu. Kolejnego dnia mężczyzna ponownie trafił do szpitala, czując się jeszcze gorzej. Rodzina, ze względu na obostrzenia związane z epidemią koronawirusa, nie mogła mu towarzyszyć.

REKLAMA

– Starszy pan siedział na krzesełku na SOR-ze i czekał na pomoc lekarską. W międzyczasie szpital zgłosił jego zaginięcie, a policja po kilku godzinach znalazła go na tym samym krzesełku, na którym zostawili go ratownicy pogotowia. Był już w bardzo ciężkim stanie – czytamy w artykule.

Zgodnie z relacją gazety, pogotowie do mężczyzny wezwano o godz. 9. 70-latek trafił do szpitala, a rodzina mimo trudności próbowała skontaktować się z placówką. Dwukrotnie, ok. godz. 11 oraz godz. 13, informowano ją, że wciąż czeka na przyjęcie. O godz. 15 żona mężczyzny została poinformowana, że pacjent wypisał się ze szpitala, a szpital zawiadomił policję.

– W dokumentacji pana Władysława ktoś wpisuje: „Godz. 14:41 – Wypisany. Bez podpisu pacjent samodzielnie opuścił SOR. Zawiadomiono policję” – czytamy w artykule.

– Rzeczywiście jakiś czas po tym telefonie pod dom pana Władysława podjechał radiowóz, a policjanci zaczęli rozpytywać krewnych, czy nie wiedzą, gdzie on może być (…) Żona, nie czekając, pojechała z policjantami do szpitala. Okazało się, że pana Władysława chwilę wcześniej odnaleźli pracownicy szpitala. Wciąż siedział na tym samym krześle, na którym rano posadzili go ratownicy pogotowia – podała gazeta.

Mężczyzna zmarł trzy dni później.

W sprawie zostało wszczęte śledztwo w sprawie narażenia pacjenta na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu oraz w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci. Grozi za to kara pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.

Postępowanie prowadzi Prokuratura Rejonowa Radom-Wschód. Jak poinformowała PAP jej rzeczniczka Beata Galas, śledczy zabezpieczyli dokumentację zmarłego pacjenta oraz nagrania rozmów z dyspozytorami pogotowia ratunkowego. Przeprowadzono także sekcję zwłok, która pokaże, co było przyczyną zgonu pacjenta; na razie nie ma jeszcze protokołu z jej wynikami.

Śledczy nie będą mogli natomiast skorzystać z zapisu szpitalnego monitoringu. – Jak się okazało, w czasie, gdy pacjent czekał w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, w szpitalu nie działał monitoring – powiedziała Galas.

(PAP)

REKLAMA