O ubezpieczeniach w kontekście powodzi i Smoleńska

REKLAMA

W kąciku „Pro Fide, Rege & Lege” w jednym z ostatnich numerów NCZ! p. dr hab. Adam Wielomski napisał znakomity i słuszny tekst o dobrym Wujku Donaldzie sypiącym (naszymi…) pieniędzmi na pomoc dla powodzian i nie tylko – i o konsekwencjach takich działań. Potrzebne jest jednak pewne uzupełnienie. Oraz poprawka – w kwestii wypadków lotniczych.

Otóż p.Adam pisze: „Wyobraźmy sobie sytuację, że poleciałem samolotem z Paryża do Madrytu. Samolot spadł i straciłem życie. Nie byłem ubezpieczony. Ile od państwa (czytaj: podatnika) dostałaby wtedy moja rodzina? Nic, zero. Dlaczego? Dlatego że moja pojedyncza śmierć nie zainteresowałaby mediów. A więc nie zainteresowałaby także Donalda Tuska. Co innego gdyby w tym samolocie było 100 obywateli polskich – wtedy moja rodzina mogłaby już wynajmować hotel na Wyspach Bahama za pieniądze obiecywane przez premiera we fleszach kamer i aparatów fotograficznych” – i ma rację co do działań III RP jako państwa.

REKLAMA

Zapomina jednak, że linie lotnicze zapłaciłyby ogromne odszkodowanie (odzyskałyby je od ubezpieczycieli albo nie…). Otóż w przypadku katastrofy Tu-154M III RP jako taka nie powinna nic płacić rodzinom – poza jakąś „chwilówką”, być może, bo poza senatorami i posłami byli tam, nieraz ubodzy, przedstawiciele Rodzin Katyńskich. Natomiast III RP jako właścicielka samolotu i dysponentka przelotu – czyli niejako linia lotnicza – powinna zapłacić takie samo ogromne odszkodowanie, jakie wypłaciłyby „Lufthansa” czy „Aerofłot”. Niezależnie od zamożności pasażerów. To, czy Kancelaria Prezydenta opłaciła ubezpieczenie, czy nie – jest bez znaczenia. Jeśli ja zawinię – a tu była oczywista wina załogi, będącej pracownikami III RP – płacę odszkodowanie. Jeśli się ubezpieczę, pokrywa to ubezpieczalnia. Ale to mnie pokrywa straty, a nie płaci ofiarom! Chyba że się dodatkowo same ubezpieczyły.

A czy Kancelaria Prezydenta powinna była ubezpieczać samoloty? Oczywiście nie! Wyobraźmy sobie, że spełniło się marzenie federastów i powstał Rząd Światowy. Ma on flotyllę 20 samolotów. Czy powinien je ubezpieczyć? Rzecz jasna – nie. Jest oczywiste, że pieniądze za wypłatę odszkodowania w razie wypadku pochodzić muszą ze składek za te 20 samolotów. Te składki muszą jeszcze pokryć wydatki i zysk ubezpieczyciela. Ubezpieczyciel musi zarobić, bo inaczej by zbankrutował. I dokładnie tyle, co zarobi, plus koszty straciłby rząd Światowy, gdyby się ubezpieczył. A gdyby miał tylko jeden samolot – sytuacja się nie zmienia… I jeśli nie jest to rząd światowy, tylko „rząd” III RP, posiadającej tylko jeden samolot – też nic się nie zmienia… Z absolutną pewnością płacąc ubezpieczenie, musi się do interesu dopłacić. Firmy ubezpieczeniowe będą się tu zapluwały, bo na ubezpieczaniu maszyn i towarów państwowych robią największe pieniądze. Nawet niekoniecznie wskutek dawania łapówek urzędnikom.

Urzędnicy – i na tym polega przewaga firm prywatnych nad państwowymi czy samorządowymi – się boją. Jeśli nastąpi katastrofa, a akcja nie była ubezpieczona – urzędnik ma spore przykrości. Jeśli zaś coś ubezpieczy – choćby niepotrzebnie i dwa razy za drogo – zbiera pochwały, bo „zabezpieczył”, bo dba. A wydał nie swoje pieniądze. To samo dotyczy osób prywatnych. P. Wielomski pisze: „Gdyby tłumek zobaczył, że zalało cztery miasta i 120 wsi i nikt, absolutnie nikt nie dostał państwowych (czytaj: podatnika) pieniędzy – to wszyscy by się zaraz ubezpieczyli”. Powinien zaś dopuścić również inną możliwość: „Gdyby tłumek zobaczył, że zalało cztery miasta i 120 wsi i nikt, absolutnie nikt nie dostał państwowych (czytaj: podatnika) pieniędzy – to wszyscy by zaraz zaczęli sobie odkładać na prywatny fundusik powodziowy”.

Czyli zamiast płacić ubezpieczenie, odkładać rocznie po te 5 tysięcy – i jak powódź jest raz na 20 lat, to pieniążki są jak znalazł. Ktoś powie: „Przecież każdy człowiek nie wytrzyma i te pieniądze wyda”. Und hier ist der Hund begraben… Dawniej nawet najbiedniejsi ludzie odkładali sobie coś na starość lub na wypadek choroby. Albo jakiegoś wydarzenia losowego. Dziś tego nie robią. Nie dlatego, że ich nie stać – stać ich oczywiście. Tylko nie widzą takiej potrzeby! Po co odkładać na wypadek choroby, skoro w razie czego jest ubezpieczenie medyczne i ewentualnie zasiłek? Po co odkładać na starość, skoro na starość mam zapewnioną emeryturę. Po co odkładać na wypadek np. powodzi, skoro państwo przyjdzie z pomocą? W ten sposób realizowane są postulaty socjalistów: ludzie czuja się bezpieczniejsi, więc nie muszą być przezorni, Przezorność – jak każdy nieużywany organ – zanika. Realizując więc ten postulat, hodujemy (czego socjaliści w swoich ciasnych móżdżkach nie przewidzieli; oni tego nie chcieli, ale jest to nieunikniona konsekwencja) Homo sovieticusa – zupełnie nieprzezornego. Potem ten człowiek albo sam kandyduje na urząd, albo głosuje na kandydata na urząd – i przezorności wcale nie uważa za cechę potrzebną.

Ba! – jest szkodliwa: przezorny odkłada i ma, a konik polny nie odkłada… i też ma, bo dostał od państwa. Ktoś może powiedzieć: skoro nie musimy ryć w ziemi w poszukiwaniu pędraków, to zanika nam zmysł węchu, który kiedyś porównywalny był z psim – no i co z tego? Otóż to z tego, że szklarnia, w której żyjemy, kiedyś się rozwali. I setki milionów ludzi, nie nauczonych przezorności, nagle będzie musiało zmierzyć się z groźną, nieprzewidywalną rzeczywistością. Do tej pory działała selekcja naturalna: przezorni przeżywali, nieprzezorni – nie. Ta selekcja zachodziła w sposób niezauważalny i gatunek ludzki powoli w coraz większym stopniu składał się z osobników przewidujących… Teraz, po nieuniknionym krachu tego sztucznego świata, ta selekcja obejmie naraz setki milionów ludzi. Gdyby umierali pojedynczo przez sto lat, nikt by tego nie zauważył… A teraz zauważymy. Choć może kilka lat bolesnych doświadczeń wystarczy, by ta naturalna cecha jakoś wróciła na swoje miejsce?

REKLAMA