Na Ukrainie trwa akcja „czyste ręce”. Powód? Korupcja w punktach poboru do wojska

Wołodymyr Zełenski zainicjował na Ukrainie akcję "czyste ręce". Zdjęcie: PAP
Wołodymyr Zełenski zainicjował na Ukrainie akcję "czyste ręce". Zdjęcie: PAP
REKLAMA

Na Ukrainie władze wydały oficjalnie wojnę korupcji. Sprawa nie jest prosta, bo to plaga nękającą ten kraj od dziesięcioleci i chociaż „walki z korupcją” domaga się oficjalnie także Bruksela, to przecież i unijni politycy zatrudniania na Ukrainie dość łatwo akomodowali się do miejscowych „obyczajów”, by wspomnieć wysłanego do Kijowa Sławomira Nowaka.

Prezydent Wołodymyr Zełenski chce jednak pokazać, że coś robi i rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę operację antykorupcyjną. Nosi nazwę „czyste ręce”. Zaczęto od tego, co jest najbardziej dokuczliwe, czyli korupcji w punktach poboru do wojska.

REKLAMA

Tajemnicą Poliszynela było, że od wojska można się było za odpowiednią sumę wykupić. Zajmujący się werbunkiem oficerowie armii dorabiali się szybciej, niż tamtejsza „drogówka”. Krajem wstrząsnęło kilka ujawnionych afer, w tym zakup nieruchomości w Hiszpanii na żonę takiego wojskowego nadzorującego pobór.

Akcja zainicjowana przez prezydenta Wołodymyra Zełenskiego zwróciła uwagę służb właśnie przede wszystkich na centra werbunkowe. Tam za łapówkę można było uzyskać zaświadczenie o niezdolności do służby. Uważa się, że taki system korupcji był nie tylko rozległy, ale i dobrze i zorganizowany.

Rząd chce położyć kres „wykupowaniu się” z wojska, także ze względu na sytuację na froncie, gdzie po prostu potrzeba coraz więcej żołnierzy. Przy okazji Ukraina, która przecież kandyduje do Unii Europejskiej, chce pokazać, że potrafi korupcję zdławić.

REKLAMA