REKLAMA

Dlaczego u nas płaci się od hazardu jedne z najwyższych podatków w Europie

Wiecie, ile realnie tracicie na każdym postawionym kuponie, zanim jeszcze zdąży się cokolwiek wydarzyć na boisku? U nas to 12% od stawki, nieważne czy wygra, czy przegra. I choć to wcale nie jest jakiś światowy rekord, to na tle Europy Zachodniej wypadamy naprawdę słabo – jesteśmy w ścisłej czołówce krajów, które najmocniej obciążają zarówno graczy, jak i samych bukmacherów.

Podatek od stawki, nie od wygranej – i to zmienia praktycznie wszystko

Żeby w ogóle zrozumieć, czemu ten system uchodzi za taki dotkliwy, trzeba spojrzeć na to, jak w praktyce liczony jest podatek. U nas ściąga się go od stawki, a nie od wygranej – i to jest naprawdę fundamentalna różnica względem większości krajów w Europie. Innymi słowy: każdy zakład, który postawisz, płaci ten sam podatek, bez względu na to, jak się skończy.

W praktyce wygląda to tak – stawiasz 100 zł, bukmacher od razu zabiera 12%, czyli 12 zł, więc do samego zakładu trafia w rzeczywistości tylko 88 zł. Jak kupon wejdzie, to wygrana liczy się już od tej pomniejszonej sumy, nie od pełnej setki, którą wpłaciłeś. Grając regularnie za kilkaset złotych tygodniowo, przez rok potrafisz stracić na samym podatku kilka tysięcy złotych. Naprawdę.

Jak to wygląda na tle reszty kontynentu?

Porównanie z innymi krajami dość jasno pokazuje, że nasz model jest po prostu bardziej dotkliwy. W Wielkiej Brytanii gracz w ogóle nie płaci żadnego podatku od zakładów – tamtejszy urząd skarbowy woli regulować całą branżę przez licencje i opłaty od samych firm, a nie od typerów. W Niemczech stawka to 5%, we Włoszech 10%, we Francji 9% – wszystkie te liczby są niższe niż nasze 12%.

Stawka podatku od gier dla zakładów wzajemnych w Polsce należy do najwyższych w całej Unii. I choć formalnie to nie gracz jest podatnikiem, w praktyce cały ten ciężar i tak spada na niego, bo bezpośrednio zjada jego wygrane.

Skąd się w ogóle wzięła ta cała konstrukcja?

Sedno tkwi w samym systemie. Trzymamy się modelu podatku obrotowego, który w Europie robi się coraz rzadszy – większość krajów przeszła już na system GGR (Gross Gaming Revenue), gdzie podatek liczony jest od realnego przychodu bukmachera, czyli różnicy między tym, co wpłacili gracze, a tym, co im wypłacono. Nie od każdej pojedynczej stawki, jak u nas.

Dzięki modelowi GGR bukmacherzy gdzie indziej mogą sobie pozwolić na wyższe kursy i lepsze bonusy, przez co skuteczniej konkurują z szarą strefą. Jeśli zastanawiasz się, które legalne firmy w Polsce najlepiej radzą sobie mimo tych ograniczeń i wciąż mają konkurencyjne warunki, dobrym punktem startu jest ranking bukmacherów – https://weszlo.com/bukmacherzy/. Takie zestawienia zwykle dobrze pokazują, kto najskuteczniej rekompensuje graczom to wysokie obciążenie, na przykład rozbudowanymi promocjami czy programami „gra bez podatku”.

A to jeszcze nie koniec – bo dochodzi podatek od wysokich wygranych

Sam 12-procentowy podatek od stawki to nie wszystko. Jak jednorazowa wygrana z jednego kuponu przekroczy 2280 zł, to od nadwyżki ponad ten próg leci jeszcze dodatkowe 10% podatku dochodowego. W praktyce ktoś, kto stawia wyższe kwoty albo trafia kupony z solidnymi kursami, może zostać obciążony podwójnie – najpierw od samej stawki, a potem jeszcze raz od wygranej powyżej tego progu.

A co na to sami bukmacherzy?

Legalni operatorzy od lat próbują jakoś złagodzić to graczom. Część z nich oferuje jako specjalne akcje typy bez podatku – wtedy to sam bukmacher bierze te 12% na siebie, a gracz dostaje realnie lepszą wygraną. Takie promocje stały się przez ostatnie lata jednym z głównych narzędzi w walce o klienta między firmami, bo choć trochę łagodzą to, jak polskie przepisy odbijają się na portfelu przeciętnego typera.

To dlaczego nikt tego po prostu nie zmieni?

Mimo że branża od lat naciska na przejście na model GGR, projekt nowelizacji ustawy hazardowej z Ministerstwa Finansów w ogóle nie przewiduje żadnych zmian w tym temacie. I szczerze, trudno się temu dziwić – wpływy podatkowe z obecnego systemu, przekraczające w 2025 roku 6 miliardów złotych rocznie z samych zakładów wzajemnych i innych form hazardu, sprawiają, że państwo po prostu nie ma żadnego powodu, żeby rezygnować z modelu, który mimo całej krytyki ze strony graczy i branży, skutecznie zasila budżet.