Dueholm: Katolickie korzenie Florydy

2

Historia USA w znacznym stopniu pisana jest w odniesieniu do brytyjskich korzeni, marginalizując m.in. hiszpańską czy francuską spuściznę. Warto więc wspomnieć postać Pedro Menendeza de Avilés – hiszpańskiego, katolickiego konkwistadora, admirała i doradcę króla – który w 1565 roku założył St. Augustine na Florydzie, najstarsze miasto kontynentalnych Stanów Zjednoczonych.

Albert Manucy, autor biografii Menendeza „Pedro Menéndez de Avilés, Captain General of the Ocean Sea”, zasugerował nawet, że bohater jego książki może zasługiwać na miano ojca-założyciela. To oczywiście może wydawać się dość zaskakujące, choćby z powodu faktu, iż dla wielu jego dokonania pozostają zupełnie nieznane.

Menéndez – admirał, gubernator i misjonarz

Menéndez przybył do wybrzeży Florydy we wrześniu 1565 roku, czyli ponad 140 lat zanim urodził się w Bostonie (Massachusetts) Benjamin Franklin, jeden z bardziej znanych ojców-założycieli. Pierwsza angielska kolonia została założona w Jamestown (Wirginia) dopiero w 1607 roku. Menéndez był człowiekiem renesansu i jak wielu innych sławnych ludzi tej epoki, był doświadczonym i świetnym żeglarzem. Warto dodać, że w jego herbie rodzinnym znajduje się okręt z dziobowym taranem niszczącym podwodne łańcuchy. Już jako 46-latek osiągnął najwyższy tytuł admirała hiszpańskiej floty. Do tego mógł się pochwalić wojskowym tytułem adelantado (Adelantado de Las Indias), czyli reprezentanta króla w podbitych koloniach, łączącym w sobie funkcje administratora. Został również pierwszym gubernatorem Florydy i Kuby. Menéndez, założyciel siedmiu osad, był również misjonarzem, dzięki któremu tysiące Indian przeszło na wiarę katolicką.

Pogromca piratów

Ten hiszpański szlachcic, żołnierz i żeglarz urodził się w 1519 roku w hiszpańskiej Asturii, w Avilés (cztery lata wcześniej w innym rejonie na świat przyszła św. Teresa od Jezusa), dwa lata po ogłoszeniu słynnych tez przez Marcina Lutra. Ponieważ jego ojciec zmarł, kiedy był on jeszcze dzieckiem, został odesłany na wychowanie do dalszej rodziny, która miała zająć się jego kształceniem. Już od najmłodszych lat wykazywał niezależność i silne cechy charakteru, które okazały się cenne w jego roli przywódcy. Nie chciał się podporządkować krewnemu i pewnie dlatego uciekł z jego domu. Był niespokojnym duchem, dojrzałym na swój wiek i dążył do szybkiego usamodzielnienia. Sprzedał więc spadek po ojcu, aby zbudować swój własny statek. Już jako piętnastolatek dowodził swoim szybkim patache z 50-osobową załogą, dzięki któremu skutecznie zwalczał francuskich korsarzy. Dzięki swoim sukcesom na morzu szybko stał się sławny.
Korona dała mu prawo do tropienia korsarzy w czasie pokoju i wojny, przez 12 miesięcy w roku oraz prawo zatrzymywania części przejętej wojennej kontrabandy. Jako 35-latek miał już 20-letnie doświadczenie na morzu, w szczególnie niebezpiecznych warunkach. Zdeterminowani korsarze dawno poprzysięgli jego zabicie. Zyskał sobie szczególne względy na dworze cesarza Karola V, potem jego syna Filipa, a także wśród Anglików – dzięki Marii Tudor, żonie króla. Początkowo dowodził konwojami płynącymi z Dover do Calais, przewożąc na pokładzie ładunki złożone z koni i tysięcy żołnierzy. Potem prowadził konwoje transoceaniczne do Ameryki, z Karaibów i Meksyku do Hiszpanii, w których średni ładunek na jednym tylko galeonie wynosił setki ton.

Doradca króla

Dobrze traktował własnych podwładnych, wydawał własne fundusze na żołd dla żołnierzy i był dobrym kompanem (potrafił się z siebie śmiać). Cieszył się szacunkiem wielu ludzi. Nic dziwnego, że stał się wkrótce doradcą króla Filipa II. Na jego zamówienie zresztą Tycjan namalował portret sławnego żeglarza. Na skutek rozgrywek politycznych, a bezpośrednio fałszywych oskarżeń (zazdrość wobec zaufania króla) został przez izbę handlową wtrącony do więzienia wraz z bratem Bartolomé, gdzie spędził 20 miesięcy. Ponieważ urzędnicy celowo przedłużali przygotowania do procesu, na sugestię króla potajemnie uciekł z więzienia. Aby naprawić swoją reputację i odnaleźć zaginionego na morzu syna, zgodził się ponownie kierować hiszpańską flotą i odzyskać odkrytą wcześniej przez Hiszpanów Florydę.

Kolonizacja Florydy

Filip II liczył na to, że dzięki tej podróży zostaną opracowane mapy wysp i zatok jej wybrzeża, jak również uda się wygnać przybyłych tam Francuzów, a tym samym trwale skolonizować Florydę. Do tego celu Menéndez otrzymał specjalny tytuł adelantado i gubernatora Florydy oraz rozkaz zniszczenia francuskich hugenotów. Mniej więcej w tym samym czasie podobne rozkazy otrzymał od admirała floty francuskiej jego przeciwnik, Jean Ribault, który miał wspomóc grupy swoich rodaków. Ich sytuacja była na tyle opłakana, że byli oni gotowi wrócić do domu. Jak pisze Manucy, Francuzi zdążyli zantagonizować walczących ze sobą lokalnych Indian, których naiwnie chcieli ze sobą pogodzić. Nie mieli jedzenia, a perspektywy zdobycia srebra i złota okazały się płonne. Pomiędzy Ribault a Menendezem toczyła się rywalizacja o pierwsze dotarcie do wybrzeży Florydy.

Założenie St. Augustine

Po wylądowaniu Menendeza przywitał go na Florydzie indiański przywódca plemienia Timucua, który oddał Hiszpanom jedno z zabudowań na przekształcenie go w garnizon i fort. Potem wspólnie pomodlili się w trakcie pierwszej odprawionej mszy i zjedli posiłek. Tak oto powstał zalążek miasta St. Augustine (nazwanego na cześć św. Augustyna, który obchodził swoje święto 28 sierpnia, kiedy kapitan ujrzał ląd) i misji na Florydzie o nazwie „Imię Boga”. Wkrótce potem przyszedł czas na rozprawienie się z francuskimi intruzami. Po niezwykle trudnej przeprawie lądowej w trakcie deszczowej burzy, wymagającej wielogodzinnego marszu po kolana w błocie, Menéndez zdobył fort Caroline, zabijając osadników, oszczędzając jednak kobiety i dzieci. Podobny los spotkał później ludzi Ribault wraz z ich dowódcą. Jak tłumaczy Manucy, Menéndez rozumiał rozkaz króla, który uważał, że pokonać Francuzów da się tylko fizycznie eliminując ich wojsko, stanowiące zagrożenie dla osadników hiszpańskich na Florydzie. Według autora, względy religijne nie były tu decydujące, oszczędził bowiem kobiety i dzieci, którzy też byli hugenotami. Do tej założonej w 1565 roku najstarszej osady wielokrotnie wracał, dowożąc jedzenie.
Menéndez wiedział, że podstawą przetrwania kolonii są ludzie wyposażeni w odpowiednie zdolności. Na swoje okręty zabierał więc nie tylko żołnierzy, ale także młynarzy, garbarzy, złotników, ślusarzy oraz księży, którzy mieli sprawować opiekę duchową i nawracać Indian. Sam potrafił dyrygować budową fortyfikacji i organizacją w osadach na Florydzie (San Mateo, Santa Elena), na Portoryko i na Kubie. Dzięki temu, że wyuczył się różnych indiańskich zwrotów, potrafił się dobrze z autochtonami komunikować. Przywoził im również prezenty w postaci nożyczek, noży, tkanin, lusterek czy dzwonków, co skutkowało bardzo dobrymi relacjami z różnymi lokalnymi plemionami. Z większością ważniejszych kacyków Florydy (z wyjątkiem Saturiby) udało mu się zawrzeć pokój. Nic więc dziwnego, że byli oni gotowi przyjąć chrześcijaństwo dzięki pomocy jezuitów i franciszkanów, których przywoził na swoich okrętach.
Niestety Menéndez nie dokończył swojego dzieła na Florydzie ani nie odnalazł swojego syna. W 1574 roku zmarł w ojczyźnie w gorączce, w wieku 55 lat. Dziś jest w USA postacią zapomnianą i zmarginalizowaną. Zapewne częściowo dlatego, że Hiszpania przegrała rywalizację kolonizacyjną w Stanach Zjednoczonych, a częściowo z powodu zabicia francuskich żołnierzy i osadników, które zostały mu przypisane jako plama na honorze. W konsekwencji tego pisanie historii należy więc dziś do brytyjskich zwycięzców, gdzie nie ma miejsce na katolicką tradycję. Pewnie dlatego z okazji Święta Dziękczynienia młodzi Amerykanie uczą się w szkołach o „pierwszym” posiłku, przygotowanym przez Pielgrzymów (separatystów i anglikanów) w 1621 roku w kolonii Plymouth, czyli ponad pół wieku po tym, który zjedli z lokalną ludnością tubylczą w St. Augustine Hiszpanie. Tym ostatnim rzadko kto dziś dziękuje za sprowadzenie katolicyzmu czy choćby za pomarańcze, których nasiona przywędrowały wraz z nimi, a będące dziś podstawą gospodarki Florydy.

wesprzyj_wolne_media_artykul
  • mikkisci osiolki

    ” rzadko kto dziś dziękuje za sprowadzenie katolicyzmu”
    Za sprowadzenie zarazy mało kto dziękuje.

    • ensis

      Masz obsesję. To się leczy.