Łangalis: Fundusze unijne są Polsce zbyteczne

Media opozycyjne wobec rządu Prawa i Sprawiedliwości szczytowały z radości po unijnym szczycie, gdy na deklarację Premier Beaty Szydło, że nie podpisze wniosków dotyczących ustaleń, podsumowaną słowami: „mamy swoje zasady”, skontrował ją prezydent Francji François Hollande, mówiąc: „wy macie zasady, a my fundusze strukturalne”.

Nasza premier próbowała na tę złośliwość odpowiadać, że poucza ją polityk z poparciem bliskim błędowi statystycznemu. A wystarczyło odpowiedzieć, żeby Hollande udławił się tymi funduszami i honorowo z nich zrezygnować. PiS zrobiłoby tą decyzją dla polskiej gospodarki znacznie więcej niż wszystkimi planami, jakie już wymyśliło (lub raczej zleciło firmom konsultingowym). Uwolniłoby polską przedsiębiorczość, której duch ginie wprost proporcjonalnie do zwiększania zaangażowania państwowego we wspieranie rozwoju przedsiębiorczości.

Unia niszczy ducha przedsiębiorczości

Z samej definicji trudno oczekiwać, by początkujący przedsiębiorca miał zbudować poważną firmę, jeśli zaczyna od państwowych dotacji. Oczywiście jest to możliwe, ale jeśli taki biznesmen zaczyna od dotacji, to najwięcej czasu i energii poświęca zaspokojeniu potrzeb urzędnika (plany, sprawozdania itp.), a to ten czas, gdy przede wszystkim powinien znajdywać klientów i zaspokajać ich potrzeby. Gdy się taki przedsiębiorca przyzwyczai do zaspokajania potrzeb urzędników, to może mieć problem z tym, by robić to, do czego powołał firmę, czyli z poprawianiem towarów lub usług już istniejących na rynku.

I to jest najgorszy skutek działania funduszy unijnych – niszczenie ducha przedsiębiorczości. Dochodzi do takich absurdów, że wielu zdolnych i pracowitych ludzi, wskutek zrobienia im wody z mózgu, nie wyobraża sobie, że można działać i rozwijać firmę bez wsparcia unijnego. A gdy raz się wpadnie w tę pułapkę, to trudno się z niej wydostać. Jest cały szereg „przedsiębiorców” nastawionych tylko i wyłącznie na dojenie dotacji, ile wlezie. Taki nowoczesny duch przedsiębiorczości w Polsce. A według planów Mateusza Morawieckiego, w nowym rozdaniu na start-upy ma być nawet przeznaczane 800 tysięcy zł. Chyba nietrudno się domyślić, że tych cwaniaków trochę przybędzie. Bo o ile 40 tysięcy na start skłania jedynie nielicznych, o tyle 800 tysięcy to już kawał dobrego pieniądza.

Dotacje unijne to więcej państwa

Obok niewątpliwego uroku propagowania skrajnie lewicowych idei, również w gospodarce, dotacje unijne przyczyniają się do rozwalenia rynku pracy. W Polsce na państwowych etatach pracuje co najmniej 50 tysięcy urzędników zajmujących się wydawaniem forsy unijnej (większość zatrudniona w urzędach marszałkowskich, ale oprócz nich tacy urzędnicy znajdują zatrudnienie w każdej gminie, urzędzie miasta, większej instytucji państwowej, straży pożarnej, policji itp.). Aż 50 tysięcy osób! Żeby było ciekawiej, ich pensje są o 40% wyższe od średniej krajowej (czyli wynoszą ok. 6 tys. brutto), bo w końcu specjaliści od wyciągania forsy ze źródeł zewnętrznych zawsze są w cenie. Ale te 50 tysięcy urzędników to jest 50 tysięcy osób zabranych z rynku pracy, którzy mogliby się zająć czymś pożytecznym. To jest 50 tysięcy osób, które straciły czas na szkolenie się, zapoznawanie się z unijnymi regulacjami, dyrektywami itp.

Oprócz nich jest jeszcze cała grupa osób, które pracują w prywatnych firmach konsultingowych pomagających przedsiębiorstwom i rolnikom uzyskać dotacje. Dziś każda większa inwestycja w małej i średniej firmie zaczyna się od słów: „a czy można na to wziąć pieniądze z Unii?”. I często można, tylko jak to z programami unijnymi, ich rozłożenie w czasie jest bardzo różne. W związku z czym przedsiębiorstwa czekają, aż odpowiedni program zostanie uruchomiony, tracąc przede wszystkim czas i energię. Bywa, że proces inwestycyjny jest wstrzymywany nawet na trzy lata (znam taki przypadek), co w biznesie może być już całą epoką. Po to tylko, by wyczekać, aż wdrażany będzie odpowiedni program i będzie można sięgnąć po forsę z Brukseli.

To skłania również przedsiębiorców do inwestowania w to, na co są pieniądze unijne, czyli tak naprawdę w to, co wymyślił sobie urzędnik. Jeśli teraz marzeniem ministra od wydawania unijnej forsy jest samochód elektryczny, to należy liczyć się z tym, że w ciągu roku, być może dwóch zostaną rozpisane specjalne programy mające na celu dofinansowywanie zadań związanych z budową samochodu o napędzie elektrycznym. Częstym głównym celem przedsiębiorstw sięgających po taką forsę jest tylko i wyłącznie dotacja.

Takie firmy nie są zainteresowane budową specjalnego akumulatora czy przekładni – powstają tylko po to, by wydrenować jak najwięcej forsy z państwa. To jest rak przedsiębiorczości, który wraz z urzędniczą kastą niszczy ducha Narodu.

Te 50 tysięcy urzędników unijnych jest jak mafia, która ma swój język, często niezrozumiały dla przeciętnego odbiorcy, i która rozdziela na prawo i lewo miliardy państwowej kasy, decydując o tym, kto tym razem wsparcie otrzyma. Urzędy potrafią wydać 35 tysięcy złotych na beneficjenta (takie ładne słowo unijnej mafii) w wieku od 15 do 24 lat, by tenże wrócił do szkoły. Kiedyś wystarczyło, by ojciec przetrzepał tyłek lub wysłuchał argumentacji młodzieńca i posłał go do pracy. Ale dziś więzi rodzinne zostały już na tyle rozluźnione, również pod wpływem działania państwa, że teraz trzeba wydać 55 milionów zł, by przekonać 1593 osoby do powrotu do szkoły lub znalezienia pracy. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że takie sytuacje nikogo już nie szokują. Że wydawanie takich pieniędzy nie razi pewnie już nawet czytelników „Najwyższego CZASU!”. Skala marnotrawstwa jest ogromna i trudna do zbadania.

Czytaj dalej

wesprzyj_wolne_media_artykul