Młodzieńcza choroba lewicowości. Mit „lewego czerwcowego”

Wytrawni rewolucjoniści wiedzą, że ich zwolennicy dzielą się na dwie kategorie: na tych, którzy naprawdę wierzą w ich rewolucyjne idee, i na tych, którzy są młodzi i chłoną wszystko, co radykalne, wszystkie idee obiecujące odmienić rzeczywistość. Ci pierwsi są narybkiem wartościowym; ci drudzy z wiekiem mądrzeją, dojrzewają i – jak mawia moja Mama – „poznają życie”, porzucają ideały jako utopijne sny i marzenia o świecie, którego nigdy nie było i nigdy nie będzie. A jeśliby rzeczywiście nastał, to niech Pan Bóg ma w swojej opiece ludzi, którym przyjdzie w tym świecie żyć.

Mnie moja własna „młodzieńcza choroba lewicowości” zawsze kojarzy się – i zapewne zawsze już kojarzyć się będzie – z mitem „lewego czerwcowego”, gdy to „komuna” i „agenci” wespół, pod nieświatłym przywództwem Lecha Wałęsy, obalili jedyny prawdziwy, polski, niepodległościowy i prawowity rząd Jana Olszewskiego, w którym Antoni Macierewicz podjął się próby dokonania lustracji i oczyszczenia życia politycznego z byłych agentów byłej SB. Swojego rodzaju traumę przeżywam więc każdego 4 czerwca, gdy wszyscy ci, którzy w rewolucję uwierzyli i nią nasiąkli, obchodzą dzień „obalenia”. Tego dnia mną targają inne uczucia.

4 czerwiec 1992 roku to dzień, w którym dałem się oszukać. Na usprawiedliwienie dodam, że byłem wtedy studentem, miałem niecałe 20 lat i wierzyłem w rewolucję prowadzoną przez Jana Olszewskiego i Antoniego Macierewicza. Każdy, kto czyta moje teksty, zapewne widzi mój głęboki sceptycyzm wobec wielkich sztandarów „antykomunizmu”, „dekomunizacji” i „lustracji”. Ale wtedy, jako młody człowiek, student nauk politycznych, wierzyłem, że stworzymy lepszy świat, lepszą Polskę, uczciwą i sprawiedliwą, że wystarczy tylko „zlustrować” i „zdekomunizować” tamtych, odsunąć ich od władzy i wszystko potoczy się w innym kierunku. Dziś postrzegam to jako tęgi błąd rewolucyjnej młodości, ale wtedy aktywnie działałem w partyjkach, których nazwy ledwo pamiętam, które chciały „obalić komunę”, okrzyknąć Lecha Wałęsę „Bolkiem”, zlustrować i zdekomunizować wszystkich dookoła. Chodziłem na zebrania „antykomunistyczne”, brałem nawet udział w jakiejś demonstracji. Wałęsa i Wachowski – te nazwiska wydawały mi się wtenczas szatańskie. Moimi idolami byli Kaczyńscy, Jan Parys i Antoni Macierewicz.

Od tamtych rewolucyjnych czasów mija w tym roku równo ćwierć wieku. Nie ma dziś we mnie nic z tamtego rewolucjonisty i radykała. Stałem się człowiekiem prawicy i konserwatystą do szpiku kości. Utożsamiam się z Państwem Polskim zachowującym ciągłość od Piastów po 2017 rok, idąc przez Królestwo Kongresowe i Polską Rzeczpospolitą Ludową. Manifestacjami przeciwko władzy brzydzę się, a działalność polityczną typu ulicznego uznaję za niekonserwatywną. Problemy, czy ktoś 40 lat temu był, czy nie był agentem SB, uważam za równie istotne dla mnie jak to, czy żaby rozmnażają się w czerwcu, czy w sierpniu. Przede wszystkim nie wierzę zaś w to, że świat może stać się lepszy, iż możliwa jest jego odmiana, pomalowanie go na nowo, jego rewitalizacja dzięki dekomunizacji i odsunięciu ludzi, którzy 40 lat temu mieli legitymację członkowską Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Co więcej, to ową PZPR ze schyłkowego okresu postrzegam jako bliższą konserwatyzmowi niźli rewolucjonistów ze styropianu krzyczących o suwerenności ludu.

Nigdy nie ukrywałem, że spośród znaczących przywódców politycznych po 1989 roku za bliższego mentalności konserwatywnej postrzegam Leszka Millera niźli Jarosława Kaczyńskiego. Kaczyński bez względu na to, kiedy i gdzie by się urodził, zawsze byłby rewolucjonistą i burzycielem; Antoni Macierewicz zawsze podkładałby dynamit pod istniejące struktury. Gdyby zaś Leszek Miller urodził się w konserwatywnej epoce, to byłby dziś przywódcą stronnictwa konserwatywnego. I nie mam wątpliwości, że byłby to wielki konserwatywny mąż stanu – polski odpowiednik Richelieu lub Metternicha.

Moja zmiana poglądów wynikła nie tylko z procesów dojrzewania, zdobywania doświadczenia i mądrości czy z „poznawania życia”. To także bezpośredni skutek zetknięcia się z ideami i rzeczywistością rewolucji propagowanej przez ludzi i środowiska, które dziś konstytuują PiS (zakładamy, że partię tę konstytuuje coś więcej niż tylko wola nieomylnego Prezesa). Pamiętam niechęć tych „niepodległościowych” rewolucjonistów sprzed 25 lat do podjęcia jakiejkolwiek dyskusji o programie pozytywnym dla Polski, o potrzebie reform, o projektach reform. Mieliśmy robić rewolucję, która nie miała i nie miała mieć jakiegokolwiek konkretnego programu. O ideach, programie, celach nikt tam ze mną nie chciał rozmawiać. Program był całkowitą negacją rzeczywistości empirycznej: był przeciwko komunie, przeciw agentom, przeciwko „Bolkom”. Moje natarczywe pytania „co w zamian?” wywoływały najpierw wzruszenie ramion, konsternację, w końcu łatwo wyczuwalną irytację. Rewolucja nie miała mieć programu pozytywnego – miała mieć tylko przywódców, liderów, których nazwiska miały zastąpić program.

Istotę „programu” rewolucji wyraził Jan Olszewski w swoim słynnym pytaniu „Czyja będzie Polska?”. Pytanie to w rewolucyjnym środowisku zadawano raz za razem. Niestety, mnie to pytanie rozczarowywało, bowiem formułowałem pytanie inaczej: „Jaka będzie Polska?”. I tutaj była istota problemu: „niepodległościowi” rewolucjoniści pytali, kto będzie rządził krajem o takiej strukturze władzy, administracji i etatyzmu, jaki istniał na początku lat dziewięćdziesiątych, ponieważ nie widzieli potrzeby zmiany czegokolwiek – poza wymianą kadr, poza wymianą „komunistów” na „niepodległościowców”.

Etatyzm, socjalizm, skala podatków i interwencji państwa wydawała im się kompletnie nieistotna w porównaniu do pytania: my czy oni będą rządzić socjalizmem? Im nie chodziło o realną zmianę, ale o panowanie; o to, „czyja będzie Polska?”. Rząd Olszewskiego nie miał żadnego ciekawego pomysłu na reformę kraju. Miał tylko pomysł na wymianę jego kadry rządzącej. Był abortowaną rewolucją, która nie miała celu.

wesprzyj_wolne_media_artykul